Strony: [1]   Do dołu
Drukuj
Autor Wątek: Midnight Mass Mike Flanagana (Netflix)  (Przeczytany 131 razy)
michax77

*



« : Październik 02, 2021, 21:47:36 »

<a href="http://www.youtube.com/watch?v=y-XIRcjf3l4" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=y-XIRcjf3l4</a>

Riley Flynn wraca do Crockett Island, małej wioski rybackiej, po wyjściu z więzienia, w którym siedział za spowodowanie wypadku pod wpływem alkoholu, w którym zginęła młoda kobieta. Po utracie wiary w więzieniu, Riley stara się ponownie zintegrować z katolicką społecznością wyspy. Razem z Rileyem na wyspę przybywa nowy ksiądz, Paul Hill. Na Crockett Island zaczyna dochodzić do dziwnych zdarzeń, niektórzy by powiedzieli cudów, jak z Biblii.

Kolejne dzieło Mike Flanagana dla Netflixa, to nie jest adaptacja powieści Stephena Kinga, tak jak Gra Geralda, ani ekranizacja książek innych pisarzy znanych z horrorów, jak The Haunting of Hill House i The Haunting of Bly Manor, tylko serial oparty na oryginalnym pomyśle Mike Flanagana, ale i tak Nocna Msza będzie się Wam kojarzyć z dziełami Kinga.

Widziałem trailer jakiś czas temu i  od razu rzuciło mi się w oczy, jakbym oglądał zapowiedź adaptacji kolejnej powieści Kinga. Sprawy też nie ułatwia to, że oglądam teraz (dobry) serial "Chapelwaite", adaptację opowiadania Kinga Jerusalem's Lot, którego akcja dzieje się w XIX wieku. No i widać pewne podobieństwa w obu serialach. Jedyna różnica jest taka, że Nocna Msza to nie jest horror, w przeciwieństwie do Chapelwaite, ale bardziej dramat psychologiczny, w którym elementów kina grozy jest bardzo mało, zwłaszcza w pierwszych odcinkach. W serialu się bardzo dużo gada o wierze, religii, są kazania, są sceny z fragmentami mszy, w których ludzie się modlą, śpiewają i to są sceny, które trwają długo, więc rozumiem jak kogoś nudzą te długie dyskusje filozoficzne np. rozmowa dwójki głównych bohaterów (wierząca i ateista), o tym co ich czeka po śmierci trwa z 15 minut.

Ale mnie serial wciągnął, bo dialogi są świetnie napisane, choć Flanagan przesadza, np. scena jak szeryf opowiada dlaczego trafił na wyspę jest zbyt długa. Odcinki trwają ponad godzinę i jest ich tylko siedem, ale można by serial skrócić o jeden lub dwa odcinki i nic by serial nie stracił, tylko mi to nie przeszkadza, bo serial kupił mnie klimatem od początku i szczerością Flanagana. Widać jak ważne to dzieło dla Flanagana, więc pozwala sobie na wszystko. Ale nawet jakbym nie czytał przed seansem jak osobistym projektem dla Mike Flanagana jest Nocna Msza to widać to od pierwszego odcinka przez to jak reżyser, scenarzysta, montażysta i showrunner w jednym nie przejmuje się upodobaniami widzów i opowiada historie w swoim (bardzo powolnym) stylu.

A to nie jest historia skomplikowana. Prawdę o tym co się dzieje na wyspie i czym tak naprawdę są cuda, poznajemy już w trzecim odcinku i jest to bardzo proste rozwiązanie, którego można było się wcześniej domyślić (choć ja nie domyśliłem się), a potem historia idzie jak po sznurku, wiadomo jak się zakończą losy poszczególnych bohaterów. Ale przyznam, że to jak zakończono historię głównego bohatera, Rileya Flinna, trochę mnie zaskoczyło. Może nie to jak się skończyło, tylko to jak szybko to nastąpiło to co się stało. No i jest to jedna z najlepszych scen w serialu, mimo słabego CGI i efektów specjalnych (o CGI później). Jest to  bardzo emocjonująca sekwencja, która mną pozamiatała.

Wspomniałem wcześniej, że to osobiste dzieło twórcy Doktora Sen dla którego religia stanowi(ła) ważny element życia. Okazuje się że księża, którzy pojawiają się w serialu to postacie inspirowane duchownymi, których spotkał w dzieciństwie. Riley to jak sam Mike Flanagan mówi jest jego avatar, bo nie tylko ważne dla niego było (jest?) chrześcijaństwo, ale też reżyser był alkoholikiem, tak jak główny bohater. Więc wszystkie sceny, w których Riley rozmawia z Erin Green graną przez Kate Siegel, to tak naprawdę rozmawia żona Flanagana z avatarem swojego męża. Podoba mi się też jak nietypowa jest to relacja. Mają się ku sobie od pierwszych scen, ale to jest relacja platoniczna. Można powiedzieć, że reżyser jest tak zazdrosny o żonę, że nawet swojemu odpowiednikowi jej nie oddał;-)

A jak już jestem przy aktorach to dobrze się spisuje Siegel. Fajnie że dostała tym razem pierwszoplanową rolę (choć Flanagan nie oszczędza żony) i ogólnie wszyscy ulubieni aktorzy Flanagana grają dobrze. Ale ja bym wyróżnił nowe nazwiska, przede wszystkim Zacha Gilforda w głównej roli, Samanthę Sloyan w roli fanatyczki i Hamish Linklater w roli księdza, który namiesza na wyspie.

Świetnie też Flanagan połączył elementy z kina grozy z chrześcijaństwem i cytatami z Biblii, tak bardzo ogólnie mówiąc, co bardzo dobrze działa. Pewnie byli inni twórcy, którzy coś takiego wcześniej zrobili, ale działa to w serialu bardzo odświeżająco, jak coś nowego, mimo tego że dostajemy klasyczną historię z elementami grozy, w której nie ma nic nowego.

Muszę Flanaganowi przyznać, że nieważne czy robi serial czy film, to facet ma jeden plus, który nawet w jego słabszych dziełach działa, czyli bardzo umie w postacie, bohaterów. Podobnie jest z Midnight Mass, które działa od pierwszych minut też dzięki temu jak ciekawe postacie pisze Flanagan.  A to jak są rozbudowane ich historie, jak wiele się o bohaterach dowiadujemy, to części mieszkańców kibicujemy, jak się coś złego dzieje to drżymy o ich los tych, żeby nic im się nie stało, a niektórym życzymy śmierci.

Jest to serial głęboko siedzący w chrześcijańskich obrzędach, ale nie licząc jednej fanatyczki, to cała reszta bohaterów, nie jest pokazana negatywnie, tylko jak prawdziwi ludzie z krwi i kości, którzy czasami się gubią, popełnili błędy w życiu, też tragiczne w skutkach, ale rozumiem te postacie, lubię i współczuję im. Jeśli dostaje się to bardziej instytucji Kościoła, organizacji i fanatyzmowi, a nie wiernym.

Wszystkie dzieła Flanagana mają to do siebie, a zwłaszcza seriale, że to bardziej są obyczajowe historie o ludziach z krwi i kości, którym czasami przydarzają się paranormalne i dziwne rzeczy, a w Nocnej Mszy Flanagan to jest najmocniej widoczne, bo elementów horrorowych jest bardzo mało. A jak są to działają średnio, bo ogólnie serial nie straszy. A nawet nie ma chamskich jump scare'ów, choć Flanagan pokazał w Haunting of Hill House, że lubi walnąć jump scarem, tylko że to nie jest dla mnie problem, bo horror stanowi tutaj, tylko element do opowiedzenia ciekawszej historii, o wierze, stracie, przebaczeniu sobie i innym, fanatyzmie, miłości do Boga i ludzi, rodzinie, o tym co nas czeka po śmierci i o tym co w życiu jest ważne.
 
 Jeśli już to mamy klimat, który jest niepokojący i to nie tylko w scenach horrorowych, ale w takich zwykłych, jak pielgrzymka mieszkańców na nocną mszę, w czasie której śpiewają. Scena jest piękna, a jednocześnie niepokojąca, a niby nic się w niej nie dzieje, tylko idą ze świecami i śpiewają.  Podobnie jest ze scenami rozmów księdza z Rileyem, w których gadają przez 15 minut, ale trzymają w napięciu. A jak już napisałem o pieśniach religijnych to świetnym pomysłem jest to, że oprócz tradycyjnej muzyki filmowej, ścieżka dźwiękowa składa się też właśnie z pieśni religijnych, co bardzo buduje klimat produkcji razem z  montażem, reżyserią i zdjęciami.
 
 Jedynie do czego mogę się przyczepić to jest to, o czym wcześniej wspomniałem, czyli do słabych efektów specjalnych, CGI i blue screenu, np.  w jednej z najlepszych scen w 5 odcinku, na łódce, bardzo rzuca się w oczy że w studiu tą scenę nakręcono. Tak samo efekty postarzania wyszły słabo. Choć akurat antagonista serialu, tak ogólnie mówiąc, świetnie jest zrobiony, ale to nie są efekty komputerowe, tylko aktor ucharakteryzowany. No i budzi grozę. Choć jakby to powiedzieć bez spoilerów, Flanagan do końca nie mógł się zdecydować, czy ma jakiś tam rozum, czy to jednak tylko zwierzęca siła.  

Nie ma takiego dzieła Flanagana, który by mi się nie podobało mniej lub bardziej, mimo tego, że nie grzeszą jego seriale i filmy oryginalnością, to są bardzo klasyczne historie oparte na kliszach i schematach, ale kupują mnie jego produkcje swoim klimatem i tym co już napisałem, czyli jak bardzo potrafi Flanagan w bohaterów.

Ale jak nie lubić np. głównego bohatera, Rileya, który ma w swoim pokoju plakat z filmów Krzyk i Siedem oraz plakat z Daną Scully, co idealnie pasuje do charakteru Rileya, czyli byłego katolika, ateisty i sceptyka, który stara się racjonalnie podchodzić do cudów na wyspie, tak jak agentka FBI, która w wielkim skrócie też jest sceptykiem i katolikiem. Ale to nie jedyne nawiązanie do XF, bo miejscowego lekarza gra Annabeth Gish, czyli Monika Reyes.

Nocna Msza przypomniała mi też o tym jak reżyser lubi bawić się realizacją. Co prawda nie dostałem całego epizodu na jednym ujęciu, jak w jego serialowej antologii dla Netflixa, ale chyba w każdym odcinku są sceny długich spacerów, w których bohaterowie gadają, a kamera przed nimi, są to bez cięć nakręcone sceny.

Midnight Mass to znakomity serial, a czym dalej od seansu to coraz lepiej o nim myślę, tylko nie nastawiajcie się na horror tak do końca, ale na historię, w której elementy horrorowe są wykorzystane do opowiedzenia czegoś więcej. Ocena: 8/10.

Polecam esej Mike'a Flanagana, z którego zaczerpnąłem wiedzę o tym, jak wiele z życia reżysera znalazło się w serialu.  https://bloody-disgusting.com/editorials/3684646/deeply-personal-horror-midnight-mass-guest-essay-filmmaker-mike-flanagan/
« Ostatnia zmiana: Październik 02, 2021, 22:06:54 wysłane przez michax77 » Zapisane
HAL9000

*

Miejsce pobytu:
Discovery One

sponsor forum
SPONSOR
FORUM



« Odpowiedz #1 : Październik 14, 2021, 10:42:17 »

Uwaga piszę spoilerowo

Kurde no... balansuje to na granicy arcydzieła, ale mnie trochę zaczęły przerastać te monologi o tym co nas czeka po śmierci. Faktycznie było ich trochę za dużo. I szczerze powiem, że wydały mi się trochę bełkotliwe. No ale spoko, to jest ewidentnie jeden z tych projektów gdzie Netflix spełnia marzenia reżysera i dał mu absolutną swobodę wypowiedzi. Szanuję.

I to w sumie jest mój jedyny minus. Cała reszta jest na mega plus. Dla mnie to jest jednak horror i to taki porządny  :) Od początku atmosfera jest niepokojąca. Mnie może łatwo nastraszyć ale ja podskoczyłem parę razy :D Ta dziewczyna, którą widzi nasz bohater jako wyrzut sumienia... pomimo tego, że wiedziałem że się zaraz pojawi to i tak parę razy posłała zimny dreszcz po moim kręgosłupie. Jest też dobra scena jak szeryf rozmawia z synem, wstaje żeby zgasić światło i za oknem widać tą tajemniczą sylwetkę :D Podskoczyłem jak małe dziecko :haha: Fakt, że z kolejnymi odcinkami te typowo horrorowe chwyty znikają, ale zastępuje je horror małego miasteczka, dobrze znany z twórczości Kinga (porównia jak najbardziej na miejscu). I tu na pierwszy plan wychodzi fanatyzm religijny, który sprawia, że ludzie też potrafią robić straszne rzeczy. Ten wątek jest wręcz perfekcyjny.

Co do tego, jak szybko się zorientowałem o co chodzi, to jednak dość szybko :) Jak już w pierwszym odcinku zobaczyłem w tle, że ksiądz mocuje się z tym kufrem przy promie to od razu mi się lampka włączyła... Oho chyba będą wampiry :D A potem każda scena już tylko utwierdza w tym przekonaniu.

Technicznie jest odrobinę nierówno. Zdjęcia, scenografia, muzyka... wszystko mega. VFXy i charakteryzacja faktycznie kuleją momentami. Aktorsko jest bardzo dobrze. Nie mam uwag do nikogo.

Cytuj
Nocna Msza przypomniała mi też o tym jak reżyser lubi bawić się realizacją. Co prawda nie dostałem całego epizodu na jednym ujęciu, jak w jego serialowej antologii dla Netflixa, ale chyba w każdym odcinku są sceny długich spacerów, w których bohaterowie gadają, a kamera przed nimi, są to bez cięć nakręcone sceny.

Tutaj najlepszym przykładem tej zabawy będzie scena na plaży z kotami i CGI mewami. Zrobiona jako jedno bardzo długie ujęcie. To akurat wyszło całkiem przyzwoicie.

OK waham się miedzy 8.5 a 9/10. Ale niech będzie to 9/10 bo to jednak jest zajebisty serial  :D
Zapisane

Gentlemen, you can't fight in here! This is the War Room. Trakt
Cobenka666

*




Gryffindor

« Odpowiedz #2 : Październik 14, 2021, 13:15:19 »

Też walę spojlerami, więc kto nie widział, niech nie czyta :D

Trzy odcinki tego serialu są wspaniałe :D Ale im dalej w las tym gorzej, ostatni odcinek po prostu kiepski, choć widzę, że na FW inaczej to widzą, nie poznali się ludzie na pierwszych epizodach, a według mnie to ta historia była fajna dopóki się nie wiedziało do końca kim jest ten potwór ;) Świetne były momenty gdy się pojawiał, za każdym razem mnie wystraszył :D Potem wampir stracił cały urok, nie ruszał mnie już jego wątek, szkoda że nie pokuszono się tu o jakiś oryginalniejszy motyw, trochę reżyser zaklina rzeczywistość, bo słowo "wampir" nie pada w serialu ani raz, jakby w ten sposób historia miała nabrać oryginalniejszego wydźwięku, ale to niestety tak nie działa :D

Do tego te monologi o śmierci są wyjątkowo niestrawne, nie wiem czemu zdecydowano się aż tak dużo czasu antenowego im poświęcić i przedstawić wizje w tak bełkotliwy sposób, kiedy się prosiło o to, by przedstawić wizje w prosty sposób, bo to nie były jakieś zawiłe tezy, zwłaszcza wizja śmierci Erin. Straszne to było :D

Sytuację ratują aktorzy, ksiądz jest świetny, strasznie mi się podobał jego głos, może jakby on te wszystkie monologi o śmierci mówił, to by się dało tego słuchać :D Świetna jest też nawiedzona Bev, aktorka dała wspaniały popis swoich umiejętności. Przyczepić się mogę do Erin, coś mi tu nie grało, bo choć aktorkę widziałam w kilku horrorach, to w tym serialu wyglądała, jak nomen omen, z innej parafii :D
No i ta charakteryzacja matki doktorki była do dupy, od razu pomyślałam - oho, niedługo odmłodnieje, tak samo było z prałatem :D ;)

Ponarzekałam, ale ogólnie serial dobrze mi się oglądało, miał swój klimat i nie żałuję, że poświęciłam mu swój czas :D
7/10 :D
Zapisane

It is just the beginning of the end
michax77

*



« Odpowiedz #3 : Październik 14, 2021, 23:33:54 »

Też walę spojlerami, więc kto nie widział, niech nie czyta :D

Trzy odcinki tego serialu są wspaniałe :D Ale im dalej w las tym gorzej,

Do tego te monologi o śmierci są wyjątkowo niestrawne, nie wiem czemu zdecydowano się aż tak dużo czasu antenowego im poświęcić i przedstawić wizje w tak bełkotliwy sposób, kiedy się prosiło o to, by przedstawić wizje w prosty sposób, bo to nie były jakieś zawiłe tezy, zwłaszcza wizja śmierci Erin. Straszne to było :D

Przyczepić się mogę do Erin, coś mi tu nie grało, bo choć aktorkę widziałam w kilku horrorach, to w tym serialu wyglądała, jak nomen omen, z innej parafii :D  

Żona Flanagana była świetna w roli Erin. A te monologi o śmierci (pewnie chodzi Ci o  np. długą rozmowę Erin z przyjacielem o tym co jest po tamtej stronie wg nie wierzącego i wierzącej?), to dlaczego tak wyglądają i są takie długie wyjaśnia esej Flanagana, który zalinkowałem w poście otwierającym temat.

 Zresztą ja od pierwszej długiej rozmowy między żoną Flanagana i avatarem Flanagana, jak nazywa głównego bohatera twórca serialu i od pierwszego monologu księdza odniosłem wrażenie, że to nie są dialogi między bohaterami, tylko bardziej przemyślenia Flanagana co do wiary skierowane do widza. Widać w tych scenach jak ważny to dla niego serial i w żadnym innym nie pozwoliłby sobie na takie zagranie pewnie.

Nie uważam, że dialogi o wierze, śmierci, itd były niestrawne. Były dobrze napisane, świetnie się ich słuchało. Aktorzy potrafili sprzedać każdy długi dialog, ani raz nie nudziłem się, choć widać, że mógł zrobić wszystko i przedłużał sceny w nieskończoność. Widać, że miał gdzieś oczekiwania widzów, że niektórzy będą się nudzić i uznają dialogi za niestrawne. Widać że twórce bardziej interesowała teologiczną dysputa i polemika z widzem, po to były te dialogi, a nie horror,  ale jednocześnie schematy i klisze horrorowe bardzo zgrabnie połączył z cytatami z Biblii.

Więc Flanagan nie pokazał nic nowego, ale jednocześnie połączenie elementów kina grozy z mocno zaakcentowanymi elementami egzystencjalizmu,  wiary, które są najważniejszym elementem MM dało efekt świeżości. Zresztą nawet sam Flanagan mówił coś takiego, w którymś z materiałów za kulis, że Anioł, główny zły, to jest najmniej istotny element, jest jak metafora zła, które może powrócić w innym miejscu, a jedynym złym jest wiadomo kto (i nie chodzi wcale o księdza).

Więc nie zgadzam się, że że trzy pierwsze dobre, a potem coraz gorzej, bo dla mnie do końca trzyma wysoki , bardzo dobry poziom, łącznie z finałem. A piąty odcinek ze sceną z Erin i Rileyem na łódce jest ciekawym odwróceniem schematu i chyba najlepszym w całym serialu, nie tylko dzięki tej jednej scenie, ale ogólnie cały epizod.

Zacytuję znajomego z bloga, który u siebie w komentarzu napisał dlaczego ta scena na łódce robi takie wrażenie, bo lepiej bym tego nie ujął. Ale dam jednak do spoilera.

Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)


Nie ma spadku poziomu, nawet mimo tego, że w 3 odcinku poznajemy wszystkie fakty, co tak naprawdę się dzieje, właśnie dzięki temu, że wątek horrorowy jest pretekstem, bo serial o czym innym tak naprawdę opowiada, a o czym to już w poście otwierającym napisałem.  

Tak na marginesie, ogłoszono że jednym z kolejnych seriali Flanagana dla Netflixa, będzie adaptacja The Fall of the House of Usher Edgara Allana Poe.
« Ostatnia zmiana: Październik 15, 2021, 00:28:24 wysłane przez michax77 » Zapisane
Strony: [1]   Do góry
Drukuj
Skocz do: