Strony: 1 ... 34 35 [36]   Do dołu
Drukuj
Autor Wątek: Niewarte tematu filmy rozmaite  (Przeczytany 111946 razy)
p.a.
Administrator

*

Miejsce pobytu:
Katowice

sponsor forum
SPONSOR
FORUM



WWW
« Odpowiedz #700 : Czerwiec 01, 2020, 20:28:59 »

Tak to jest, jak się jeno na nowe produkcje czeka ;) Ja w maju widziałem 26 filmów, z czego 14 to rzeczy z niedawno minionej dekady. A produkcji z 2020 roku to jeszcze chyba żadnej nie widziałem :D

Co do "Ataku paniki" - bardzo świeżo i światowo ten film wypadł. Jasne, podobnych produkcji trochę już na świecie powstało, ale nie sądziłem, że jest w Polsce ktokolwiek, kto tak zgrabnie poprowadzi tego typu "hyperlink cinema". Sam wystawiłem mu 7/10, co mnie zaszokowało wręcz ;)

A z tymi komediami to jest coś na rzeczy, niektóre filmy są tak reklamowane - może komedie przyciągają po prostu więcej widzów? Nawet dołujące "Blue Jasmine" Allena wchodziło do kin jako komedia ;)
Zapisane
michax77

*



« Odpowiedz #701 : Czerwiec 30, 2020, 19:05:32 »

Tak to jest, jak się jeno na nowe produkcje czeka ;)

W czerwcu już jest lepiej,  bo widziałem około 20 filmów, a też dlatego, bo nadrobiłem kilka filmów reżyserów, których sobie cenię, ale nie widziałem ich wszystkich filmów.

7500 (2019)

Nocny lot z Berlina do Paryża. Chwilę po wzbiciu się samolotu w powietrze i odpięcia pasów przez załogę i pasażerów dochodzi do ataku terrorystycznego. Dwóch pasażerów szturmuje kokpit raniąc dwójkę pilotów, ale nie udaje im się przejąć kontroli nad maszyną. Przez większość czasu to trzymający w napięciu thriller stawiający na jedno miejsce akcji, czyli kokpit. Nie widzimy co się dzieje w samolocie, tylko tyle co jeden z pilotów, którego świetnie gra Joseph Gordon Levitt.

Debiutujący reżyser stawia na realizm co działa przez większość 90 minutowego filmu, ale coś się popsuło w ostatnim akcie, gdzie dochodzi do rozwiązań dość dziwnych, które popychają fabułę do przodu. Główny bohater zachowuje się w ostatnich minutach filmu nie powiem, że nie odpowiednio do sytuacji, bo ciężko powiedzieć jakby każdy z nas zachował się w takich trudnych sytuacjach, więc nie oceniam bohatera  ale przez decyzje bohatera ostatnie 20 minut ogląda się jak rozciągnięty epilog, który zaczyna nudzić.  Od pewnego momentu wiadomo jak film się skończy, więc napięcie spadło przez co nie mogę postawić więcej jak 6/10, mimo świetnej roboty realizacyjnej i dobrej gry JGL.

 Artemis Fowl (2020)

Adaptacja pierwszego tomu serii fantasy napisanej przez Eoina Colfera, która na tą chwilę składa się z ośmiu tomów, to film słaby, więc nie dziwi mnie, że Disney zdecydował się wrzucić swoją produkcję na platformę Disney+. Wiadomo że epidemia, ale inne blockbustery Disney przesuwa premiery o kilka m-cy, a nawet rok, a skoro film Kennetha Branagha wrzucili na D+ to musi oznaczać, że coś z filmem nie wyszło. No i nie wyszło. Film jest nudny, nieciekawy, choć cały czas się coś dzieje. Jedyne co mi się podobało to krajobrazy, bo kręcono w Irlandii. No i Lara McDonnell w roli Kapitan Niedużej.

Nie licząc ich największych hitów, które zarabiają miliony dolarów rocznie, czyli filmów Pixara, kinowego uniwersum Marvela, Star Wars, i kopii jeden do jednego ich animacji, np. Pięknej i Bestii,  Króla Lwa, które kręcą jako filmy fabularne, to (prawie) każda próba zrobienia czegoś innego i nowego to są filmy słabe, tragiczne (może oprócz filmu z Kubusiem Puchatkiem i Ewanem McGregorem).

Choć nawet remaki animacji Disneya to nie są idealne filmy, ale większość tych filmów zarabia grubą kasę co rok, np. ostatnie SW zarobiło ponad miliard (i to ciekawy przypadek, bo klapa jeśli chodzi o opinie, ale zarobił dużo). A reszta ich produkcji, których nie wymieniłem jest taka jak Artemis Fowl, czyli nieoglądalna kupa,  ale co ciekawe tworzona przez dobrych reżyserów. Jest to  kolejna wysokobudżetowa produkcja Kennetha Branagha, która mi nie podeszła. A gdybym nie znał jego ekranizacji Szekspira to bym mógł pomyśleć, że cały talent Branagha gdzieś przepadł. Ocena: 4/10.

Barry Lyndon (1975)

Ostatnio mało ciekawych nowości, więc wziąłem się za nadrabianie filmów, których nigdy nie widziałem (ewentualnie przypominałem sobie, bo widziałem tak dawno, że nic nie pamiętam) i zacząłem od jednego z klasyków Stanleya Kubricka. No i zanudziłem się na tym 3 godzinnym filmie na śmierć.

Ok, żartowałem, jestem zachwycony filmem. To jedyny film Kubricka, którego nie widziałem i może mnie pamięć myli, ale wydaje mi się, że pierwszy, który mnie NIE zmęczył (mimo tego, że większość oceniam przynajmniej na 8/10), tylko seans zleciał bardzo szybko i miejscami film mnie bawił, bo czasami to jest mocno czarna komedia.

O realizacji filmu mądrzejsi ode mnie się wypowiadali, więc powiem tylko tyle że np. zdjęcia to ideał, dosłownie każde ujęcie z filmu nadaje się na obraz na ścianie. Muzycznie film też dostarcza. A jak to bywa u Kubricka, to czasami jego wybory muzyczne wydają się być dziwne, ale idealnie pasują do scen. Historia też jest bardzo ciekawa, wciągnąłem się w losy głównego bohatera, choć to nie jest postać, której bym kibicował.

Postawię 9/10, choć nie jestem zdziwiony, że dla wielu widzów to arcydzieło, ale ja 10  daję tylko ulubionym filmom. Bardzo rzadko stawiam najwyższą ocenę, ale ta którą postawiłem to jest wysoka ocena. Nie mam się do czego przyczepić i na tą chwilę to mój ulubiony film Kubricka, choć musiałbym przypomnieć sobie wcześniejsze, żeby się w tym upewnić.

Da 5 Bloods (2020)

Czterej czarnoskórzy weterani wracają do Wietnamu dziesiątki lat po wojnie w poszukiwaniu szczątków swojego dowódcy i ukrytego złota. Najnowsza produkcja Spike'a Lee to połączenie komedii, dramatu o Afroamerykanach - weteranach wojennych cierpiących na PTSD, kina wojennego, buddy movie, kina politycznego i coś na kształt nieoficjalnego remaku znakomitego filmu Johna Hustona Skarb Sierra Madre.

Spike Lee chciał poruszyć dużo tematów i wyszedł groch z kapustą. No i film jest za długi, jakby wyciąć z 30-40 minut to byłby lepszy, bo po 90 minutach zacząłem się nudzić, a film trwa dwie i pół godziny. Ale przez pierwsze 90 minut nie jest tak źle jak niektórzy mówią, tylko że ostatnia godzina to jest straszna słabizna. Tak mnie zmęczył ostatni akt, w którym wali Spike Lee przekazem wprost w widza, jak to on ma w zwyczaju w ostatnich filmach. Bohaterowie łamią czwartą ścianę i mówią do kamery co myśli Spike Lee.

Podobnie było w dobrym Czarnym bractwie. BlacKkKlansman  z młodym Washingtonem i Adamem Driverem, o czarnoskórym policjancie, który wstąpił do Ku Klux Klanu. Film mi się podobał w 90%, ale niepotrzebnie w ostatnich 10 minutach reżyser walnął agitkę polityczną, więc zmienił się w ostatnich minutach gatunek filmowy, co bardzo zgrzyta z resztą filmu. Oglądało się zakończenie, tak jakby Lee miał widzów za głupków, że nie załapali przekazu jaki płynie z treści Czarnego bractwa.

W najnowszym filmie te 10 minut niepasujące do całej reszty z poprzedniej produkcji jest rozciągnięte do 30-40 minut , przez co jak początkowo miałem dać 7/10, to ostatnie 30-40 minut jest tak męczące, że na 5.5/10 spadła ocena. Gdyby film skrócić, wywalić niektóre momenty, to mógłby z tego wyjść dobry film, a tak wyszło takie nie wiadomo co. Oczywiście doceniam pomysł na film, realizację, aktorstwo, zwłaszcza Delroy'a Lindo, którego znam z ról w kinie popularnym, w sensacyjnych filmach, a tutaj ma dramatyczną rolę i dał radę.

Emma (2020)

Kolejna ekranizacja klasycznej powieści Jane Austen, to niby wierna adaptacja, ale twórcy filmu postanowili zrobić z tego klasyka literatury komedię omyłek, co wyszło zabawnie, uroczo, wzruszająco, bezpretensjonalnie i świeżo. Znakomita główna rola Taylor-Joy, która nie potrzebuje dialogów byśmy wiedzieli co Emma myśli. Wystarczy jak gra twarzą, by sprzedać wszystkie emocje jakie towarzyszą Emmie. Anya pokazała, że nie jest tylko królową horrorów, ale w każdym gatunku się sprawdzi. Ale nie tylko ona błyszczy aktorsko, bo praktycznie cała obsada gra pierwszorzędnie, np. Bill Nighy, Josh O'Connor, Jennifer Flynn.

Brawa należą się też  dla debiutującej reżyserki Autumn de Wilde i dla odpowiedzialnych za scenografię i kostiumy, bo Emma wygląda przepięknie (mam na myśli film i tytułową bohaterkę). Rewelacyjna jest też muzyka Isobel Waller Bridge, która idealnie buduje klimat produkcji. Soundtrack brzmi wesoło i figlarnie, jak tytułowa bohaterka i film. Nie spodziewałem się aż tak dobrej produkcji po tej milionowej adaptacji powieści. Ocena: 8/10.

Eurovision Song Contest: The Story of Fire Saga (2020)

Wiil Ferrel po obejrzeniu jednego z konkursów Eurowizji, tak zafascynował się tym muzycznym programem, że postanowił nakręcić hołd dla Eurowizji, film narodzony z miłości do tego konkursu, Jest to komedia o Larsie i Sigridzie, którzy od dziecka marzą, żeby wziąć udział w Konkursie Eurowizji. W wyniku pewnych wydarzeń, których nie zdradzę (choć mnie kusi bo to zagranie godne Georga R.R. Martina i Gry o Tron) udaje im się dostać na kolejną edycję konkursu.

Nie przepadam za Ferrellem, ale to całkiem sympatyczny film. Już początek mnie rozbawił, ale niezamierzenie, gdyż Islandczyka gra Pierce Brosnana, a resztę mieszkańców miasteczka grają aktorzy znani z produkcji islandzkich, szwedzkich. Jakbym miał zgadywać to pewnie odpowiedzialny za wybór aktorów poprosił o Islandczyka, a ktoś się przesłyszał i zrozumiał,że potrzebują Irlandczyka;-)

Jak już jestem przy byłym Bondzie to niestety jest bardzo drewniany, to kolejna komedia, w której Brosnan nie ma wyczucia komedii, choć w jego Bondach były sceny humorystyczne, w których wypadał dobrze. Lubię go za 007 i kilka dobrych ról dramatycznych, ale w komediach sobie zupełnie nie radzi.  A wracając do filmu, to sympatycznie się ogląda, co jest zasługą głównej obsady, czyli Willa Ferrella i Rachel McAdams.

No i doskonałego Dana Stevensa w roli rosyjskiego faworyta oraz zabawnych dialogów i absurdalnych pomysłów. Może nie każdy dowcip trafia, ale ogląda się miło i lekko. Film ma też świetnie zaśpiewane piosenki przez Ferrella, ale nie przez McAdams i Stevensa (w jego przypadku to zdziwiłem się, bo potrafi śpiewać co pokazał w serialu Legion), tylko prawdziwych piosenkarzy. A finałowa piosenka aż za dobrze na Eurowizję, brzmi jak zaginiony kawałek z którejś z animacji Disneya. Ocena: 6+/10.

Fail Safe (1964)

Widziałem kilka filmów Sidneya Lumeta (12-u gniewnych ludzi, Serpico, Pieskie popołudnie, Werdykt z Paulem Newmanem, Gloria, Nim diabeł dowie się że nie żyjesz, Wzgórze, Agresja, Morderstwo w Orient Expressie i Rodzinny interes) i w większości są to znakomite produkcje, nie tylko debiut. A ostatnio nadrobiłem kilka innych, w tym mniej znanych. I zacząłem od Czerwonej liniii, który podobnie jak debiut reżyserski Lumeta o ławie przysięgłych jest produkcją, w której postaci tylko rozmawiają ze sobą, ale napięcie można kroić nożem.

Jest to produkcja trochę w stylu filmu Kubricka Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę ale tematyka w filmie Lumeta jest podana od początku do końca na poważnie, to nie jest satyra. Zresztą słyszałem, że Kubrick podobno podał do sądu o plagiat twórców Fail Safe, ale nie wgłębiałem się w temat, nic więcej nie wiem.

Akcja dzieje się w czasie zimnej wojny między Rosją a Ameryką. Pewnego dnia na ekranach amerykańskich radarów pojawia się UFO. Dowództwo zgodnie z procedurą wysyła swoje bombowce uzbrojone w broń masowego rażenia  do ataku na określone miasta w ZSRR. Ale gdy alarm zostaje odwołany, jedna z grup bombowców w wyniku błędu komputera dostaje omyłkowy rozkaz ataku na Moskwę. Rozpoczyna się tragiczny wyścig z czasem.

Film oparty na dialogach, wiec aktorzy są najważniejsi i wszyscy grają jak najlepiej potrafią, nie tylko tak znane nazwiska, jak Walter Matthau i Henry Fonda, ale też nieznani mi, jak aktor grający tłumacza. Sceny z tłumaczem i prezydentem USA, gdy rozmawiają przez telefon z Rosjanami to mistrzostwo świata. Moim zdaniem w tych scenach nie tylko Fonda, ale też aktor grający tłumacza daje wielki popis aktorstwa. No i to nietypowe jak na Hollywood zakończenie. Bardzo dobry thriller polityczny o którym do niedawna nie słyszałem. Ocena: 8/10.

Force of Nature (2020)

Czekam na każdy film z Melem Gibsonem, ale na seans tej produkcji nie miałem ochoty, mimo tego, że fabuła dość ciekawa jak na kino akcji (nadzorujący ewakuację budynku policjant musi stawić czoła przestępcom i niszczycielskiej sile huraganu), bo trailer zapowiadał słabe kino akcji na poziomie produkcji ostatnich z Brucem Willisem, które lądują prosto na vody.  Trailer zapowiadał film, który mógłby lecieć na Polsacie albo TV 4 i niestety to jest tak marna produkcja.

Zresztą rolę Gibsona miał grać początkowo Willis, ale zrezygnował i dostał tą rolę inny (dawny) bohater kina akcji. Szkoda, bo ostatnio Gibson ma dobre role w dobrych filmach, a trafiła mu się taka padaka. Dobrze jedynie, że gra drugoplanową rolę. Jeden z najgorszych filmów z Melem Gibsonem, na poziomie Maczety 2 Rodrigueza. Ocena: 3/10.

Fort Apache the Bronx (1981)

Dobre kino policyjne, jak z lat 70-ych, które mógłby nakręcić Sidney Lumet, ale to nie jest jego film. Film przypomina trochę seriale takie jak The Wire i  The Shield, czyli jest kilka równolegle prowadzonych wątków, które się wzajemnie przeplatają. Dużo dobrego dla tej produkcji robi klimat Bronxu i rola Paula Newmana, który nawet w tak mało znanej produkcji pokazuje klasę aktorską. W ważnej drugoplanowej roli pojawia się Pam Grier. Ocena: 7/10.

My Spy (2020)

Agent CIA JJ ma wiele zalet i jedną kardynalną wadę - szybciej strzela niż myśli. Po kolejnej zawalonej misji otrzymuje proste zadanie, czyli obserwowania mamy i 9-letniej Sophie. Niezła komedia familijna z Dave Bautistą, przypominająca trochę Gliniarza w przedszkolu z Arnoldem. Ocena: 6/10.

Network (1976)

Sieć Lumeta z Peterem Finchem, Williamem Holdenem, Faye Dunaway i Robertem Duvallem, to kolejny thriller polityczny Lumeta, w którym nic tylko gadają, czyli tak jak w debiucie 12-u gniewnych ludzi, a film trzyma w napięciu. Reżyser mocno po głowie wali przekazem, film może wydawać się przesadzony, a przynajmniej za premiery mógł być tak odbierany, ale dzisiaj ogląda się jak Jokera, tylko nakręconego w latach 70-ych. Ocena: 7/10.

Night Falls on Manhattan (1996)

Kolejny udany film Sidneya Lumeta, którego akcja dzieje się w kręgach policyjnych, ale trochę inny jak poprzednie. Zaczyna się jak dobre kino policyjne (choć to jak nieporadni są w tym filmie gliniarze, którzy sami siebie zabijają, jak ścigają mordercę to myślałem że tylko w latach 70-ych tak pokazywano policję), ale dość szybko film zmienia się w dramat sądowy, a w trzecim akcie dostajemy historię, oczywiście jak to u Lumeta, o korupcji w policji.

Dobra robota, choć moim zdaniem akcja pędzi za szybko. Każdy z wątków powinien trwać dłużej, lepiej byłoby jakby film trwał z godzinę dłużej, albo gdyby powstał z tej produkcji serial, bo wszystkie wątki trwają po około 30 minut. Widać to najlepiej po głównym bohaterze, który na początku jest asystentem, a już w połowie filmu kandyduje na prokuratora.

Żaden z wątków nie wybrzmiewa należycie, ale Lumet to tak sprawny reżyser, że ogląda się z przyjemnością. Warto obejrzeć dla ról Andy Garcii, (niedawno zmarłego) Iana Holma, Jamesa Gandolfini (za nim zagrał w serialu Rodzina Soprano), ale tutaj nawet drugi plan jest świetny, np. prokurator generalny, grany przez Roba Leibmana, który zachowuje się jak typowy krzyczący i ciągle zdenerwowany kapitan na posterunku policji z filmów z lat 80-ych. Ocena: 7/10.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 01, 2020, 12:38:47 wysłane przez michax77 » Zapisane
michax77

*



« Odpowiedz #702 : Czerwiec 30, 2020, 21:21:45 »

Power (1986)

Kolejny dobry thriller od Lumeta, oparty na dialogach, świetnie zagrany przez Richarda Gere (jeszcze nie siwy), Gene Hackmana, Denzela Washingtona (okazało się że przed Dniem Próby, na początku swojej kariery, też grał role negatywne), Julie Christie i J.T. Walsha. Choć wolałbym Gene Hackmana w głównej roli, a Gere'a na drugim planie, bo lepszy aktor.  Po prostu wolę Gere'a z lat późniejszych, bo jak postarzał się, to jakimś cudem stał się lepszym aktorem. Ocena: 7/10.

Prince of the City (1981)

Policjant Daniel Ciello decyduje się współpracować z prokuraturą i informować ją o zakrojonej na szeroką skalę korupcji wewnątrz wydziału. Książę wielkiego miasta, czyli powrót Lumeta do tematu korupcji policji, ale tym razem jest to trochę inny obraz jak Serpico z Alem Pacino, choć wcale nie gorszy. Bardziej przypomina, też przez długość bo trwa 3 godziny, epopeję, filmy jakie kręciło się o gangsterach.

Jest to opowieść o gliniarzu, który jest innym policjantem jak bohater grany przez Pacino, nie tak naiwny idealista jak Serpico, tylko gość , który dobrze żyje i zarabia, ale z czasem zmienia zdanie. W roli głównej Treat Williams, za którym nie przepadam, chyba tylko w 1941Spielberga mi się podobał. Początkowo proponowano tą rolę właśnie Alowi Pacinowi, który odmówił przez podobieństwa do Serpico. Widać że to rola skrojona pod Pacino, bo jest sporo scen, gdzie Danielowi puszczają nerwy, więc Williams drze się, pewnie w tych scenach Al Pacino by szarżował na 100%. A co do Williamsa to wypadł ok, ale wciąż nie uważam żeby to był za dobry aktor. Nie rozumiem jego popularności w latach 80. Ocena: 8/10.

Q & A (1990)

Pytania i odpowiedzi to kolejny z serii filmów Lumeta o gliniarzach, ale nie jest tak, że jedynie takie filmy kręcił, po prostu te produkcje nadrobiłem. Młody adwokat stara się znaleźć dowody w sprawie przeciwko powszechnie szanowanemu policjantowi. W roli prawnika Timothy Hatton a gliniarza gra świetnie Nick Nolte. To nie jest tak dobry film jak Prince of the City i Serpico, mimo świetnego Nolte'a. Na uwagę zasługuje też rola Armanda Assante. Zaskoczyło mnie, że Assante jest więcej jak Nolte, który wymieniony jest z Huttonem w rolach głównych, a więcej go nie ma jak jest.  Ale mimo tego, że to nie kolejne Serpico i Prince of the City to i tak całkiem niezła produkcja, którą oceniam na 6/10.

The Anderson Tapes (1971)

Ostatni wspólny film Lumeta i Connery'ego, którego nie widziałem do tej pory to heist movie, w którym szkot gra włamywacza Duke'a. No i nadrobiłem w końcu. Po wyjściu z więzienia Duke razem ze swoją ekipą (m.in. młodziutki Christopher Walken) obmyśla plan okradzenia mieszkańców luksusowych apartamentów. Jak na Lumeta to wyjątkowa pozycja, bo jest to kino czysto rozrywkowe, jest sporo humoru, ogląda się lekko.

Connery gra w sumie Bonda,  bo 10 minut od rozpoczęcia filmu jest już u swojej byłej dziewczyny, której rzuca tekst typowy dla Bonda Connery'ego "nie miałem od 10 lat baby", a ona szczęśliwa ląduje z nim w łóżku, ale są też inne niepoprawne polityczne dialogi, jak "taki grubiutki facet, pedał". I pomimo całej mojej sympatii do szkockiego aktora (widziałem większość filmów z nim, a od lat 80 do ostatniego filmu to wszystkie) i twórczości Lumeta to jest najsłabszy ich wspólny film. O wiele lepszy jest ostatni film Lumeta i Connery'ego, Rodzinny biznes z lat 80-ych , który też można zaklasyfikować jako heist movie (choć musiałbym moją opinię zweryfikować, bo widziałem wieki temu), w którym Dustin Hoffman grał syna Seana Connery'ego.

Najlepszymi filmami tego cenionego reżysera i Szkota wciąż pozostają The Hill z 1965 roku i The Offence z 1973 roku. Wzgórze jest znane,  ale Agresji, w której gra gliniarza przesłuchującego podejrzanego o pedofilię mało kto słyszał, mimo tego jak to dobry film. No i film nic na siebie nie zarobił za premiery, mimo tego że kosztował milion dolarów. Pewnie dlatego, bo to była zupełnie inna rola jak 007 czy złodziej z Taśm prawdy, gdzie powtarza trochę rolę agenta brytyjskiego.

Widzowie nie chcieli pewnie go oglądać w roli nerwowego gliniarza, a The Offence miał premierę kilka lat po tym jak pożegnał się z Jamesem Bondem. Pokazał w tych filmach, że jest dobrym aktorem, co zaowocowało w latach 80 i 90 gdzie zagrał najlepsze role w swojej karierze. Connery to taki aktor, który jest jak wino, czyli czym starszy, to lepszy. No i siwizna dodała mu elegancji, nie dziwne że obsadzano go później w rolach królów. Jest jeszcze Morderstwo w Orient Expressie, ale to Agresja i Wzgórze są najlepszymi filmami Lumeta z Seanem Connery. A co do Taśm to postawię 5/10, czyli pierwszy film Lumeta, który mi nie podszedł.

The Host (2020)

Niezły holenderski film, który zaczyna się jak historia o gościu, który wpakował się w długi w kasynie i wykorzystują go gangsterzy do własnych celów, ale w połowie zamienia się w thriller w stylu Psychozy. Ocena: 6/10.

The Informer (2019)

Były agent sił specjalnych Pete Koslow, Amerykanin polskiego pochodzenia, infiltruje polską mafię, kierowaną przez 'Generała' Klimka, która opanowała handel narkotykami w Nowym Jorku. Film jak film, widziałem lepsze z gatunku kina sensacyjnego, ale kto by pomyślał, że obejrzę 'polski' film o mafii, która rządzi półświatkiem w USA, na dodatek z tak dobrymi aktorami, jak Joel Kinnaman, Rosamund Pike, Clive Owen i Ana De Armas. Co prawda nie mają co grać - Kinnaman jedzie na swojej charyzmie, Clive Owen ma całkowicie wywalone, podobnie Pike, a De Armas jest zatroskaną, martwiącą się żoną.

Jest to jeden z tych niewielu amerykańskich filmów, gdzie Polaków grają Polacy, którzy dobrze mówią po polsku i grają całkiem dobrze. Dwie role grają aktorzy, których znam z polskiego kina. Syna Klimka, Staszka, gra Mateusz Kościukiewicz, a więźnia, który pomaga Kinnamanowi w kiciu gra Mirosław Staniszewski (wypłynął główną rolą w Jestem Mordercą Macieja Pieprzycy, o sprawie wampira ze śląska). A nawet Kinnaman stara się mówić po polsku i daje sobie całkiem dobrze rade. Ocena: 5/10.

The Last Days of American Crime (2020)

Rząd wkrótce wyśle do umysłów obywateli sygnał, który położy kres wszelkim przestępstwom. Tymczasem społeczeństwo nie chce się na to zgodzić i dochodzi do protestów. Ale nim dojdzie do wysłania sygnału grupa złodziei planuje dokonać ostatniego skoku na bank.

Zwiastun zapowiadał fajne kino akcji, ale zastanowiło mnie to, że trwa 2,5 godziny, co nie jest dobrym prognostykiem dla prostego kina akcji, choć są wyjątki jak Gorączka Michaela Manna. Miałem słuszne obawy, bo przez 70 minut dosłownie NIC się nie dzieje, wieje nudą. Oczywiście po 70 minutach są nawet fajne sceny akcji, ale fabuła jest tak opowiedziana, że przez połowę nie mogłem się połapać o co chodzi, mimo tego jak prosta to historia. Ale nie powinienem być zaskoczony,  bo to film Oliviera Megatona (a raczej Megatrona :D), który nakręcił wcześniej Transportera 3, Taken 2 i 3.  Szkoda Edgara Ramireza, Sharlto Copley'a i Michaela Pita na tak słaby film. Ocena: 3/10.

The Pawnbroker (1964)

Kolejny z filmów Lumeta jaki nadrobiłem jest to Lombardzista. Wydaje mi się, że to jeden z pierwszych przypadków filmu, w którym poruszono temat zespołu stresu pourazowego. A jak się nie mylę to w latach 60 nie zdiagnozowano tego zespołu, dopiero po wojnie w Wietnamie zaczęto robić badania w tym kierunku.

Jest to opowieść o tytułowym lombardziście, byłym więźniu obozu koncentracyjnego, który nie potrafi okazywać uczuć innym. Obserwujemy przeżycia głównego bohatera, które przeplatane są wspomnieniami z obozowego życia. A normalne sytuacje dnia powszedniego w głowie bohatera zamieniają się w chwile traumatyczne, trudne do zniesienia. Sidney Lumet z ogromną wrażliwością pokazuje sytuacje głównego bohatera, którego doskonale gra Rod Steiger. Wierzy się w jego postać, w jego cierpienie. Za samą główną role film zasługuje na 7/10.

The Song of Names (2019)

II wojna światowa. Dziewięcioletni Martin nawiązuje silną więź ze swoim przybranym bratem Dovidlem - Żydem polskiego pochodzenia, który przybył do Londynu jako uchodźca. Dovidl jest uzdolnionym skrzypkiem. Mając ponad 20 lat Dovidl ma zagrać swój debiutancki koncert, ale na godzinę przed występem znika bez śladu. Wiele lat później Martin postanawia znaleźć zaginionego brata.

Super obsada, bo Tim Roth, Clive Owen i  Magdalena Cielecka w drugoplanowej roli, ale ta europejska produkcja jest tak nijaka, mimo dobrej gry aktorów, też mam na myśli dzieciaków grających Martina i Dovidla w retrospekcjach, że nie wywołuje żadnych emocji, choć powinna przez to jaki temat porusza. Ocena: 5/10.

Where'd You Go, Bernadette (2019)

Bernadette Fox ma kochającego, choć zapracowanego męża oraz córkę, piętnastoletnią Bee, dla której jest najlepszą przyjaciółką. Bernadette jest kobietą ekscentryczną, nieunikającą konfliktów z otoczeniem. Pewnego dnia znika w dziwnych okolicznościach. Córka postanawia za wszelką cenę ją odnaleźć.

Richard Linklater stara się jak może byśmy polubili główną bohaterkę i jej problemy pierwszego świata, jak niektórzy mogli by powiedzieć, i trzeba przyznać, że udaje mu się to, dzięki poczuciu humoru reżysera i jego wrażliwości, pokazuje z empatią bohaterów. Ale dla mnie to jeden ze słabszych filmów Linklatera, choć i tak na porządnym poziomie co oczywiście jest zasługą obsady, zwłaszcza Cate Blanchett, która gra na swoim wysokim poziomie. Po serialu Mrs. America to kolejna świetna rola aktorki w ostatnim czasie i choćby dla niej warto zobaczyć film. Choć do ideału filmowi daleko, o wiele lepszy był przedostatni film Linklatera ze Steve Carellem i Bryanem Cranstonem. Ocena: 6/10.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 01, 2020, 12:37:15 wysłane przez michax77 » Zapisane
HAL9000

*

Miejsce pobytu:
Discovery One

sponsor forum
SPONSOR
FORUM



« Odpowiedz #703 : Lipiec 09, 2020, 20:21:27 »

Dobry debiut reżyserski Andrew Pattersona, realizacyjnie to świetna robota, zdjęcia, muzyka, montaż, no i świetnie zagrany, ale też nietypowy film SF,  bo film opiera się głównie na dialogach wypowiadanych w szybkim tempie,  jak w filmach wg scenariuszy Sorkina, a dialogów jest dużo co może początkowo rozprasza, ale z czasem film wciąga i trzyma mocno w napięciu. Nie ogląda się jak dzieło debiutanta, ale reżysera ze swoim stylem. Nie zdziwię się jak Patterson zostanie zauważony przez Hollywood i zrobi coś np. dla Marvela, dla Disneya, bo widać już w pierwszym filmie jaki ma talent. Ciężko do tego debiutu się o cokolwiek przyczepić. Ocena: 7/10.

No ja się przyczepię do początku, który jest przekombinowany. Ciężko przez pierwsze kilkanaście minut powiedzieć coś dobrego o bohaterach, bo cały czas są w ruchu i prawie zawsze tyłem do widza... i dialogi w tej części filmu były lekko męczące. Ale jak już przebrniemy przez to przydługie intro i wchodzi właściwa historia to robi się duuużo lepiej. Faktycznie jest tu kilka fajnych zabiegów formalnych, jak ten przejazd kamery z jednego końca miasta na drugi i montażowe zabawy z połączeniami telefonicznymi... tylko to mi się znów gryzło trochę z tymi bardzo długimi, statycznymi monologami  :D Ale same monologi były świetne. Klimat sci-fi rodem z Twilight Zone wręcz się z nich wylewał i to jest też największy plus tego filmu.

The Vast of Night dostaje ode mnie 6.5/10. Udany debiut ale ma parę mankamentów.
Zapisane

Gentlemen, you can't fight in here! This is the War Room. Trakt - Letterboxd
Strony: 1 ... 34 35 [36]   Do góry
Drukuj
Skocz do: