Strony: 1 [2] 3 4 ... 10
 11 
 : Czerwca 28, 2022, 08:22:26  
Zaczęty przez Duddits - Nowe: wysłane przez J1923
Podpowiedź:



 12 
 : Czerwca 28, 2022, 01:05:35  
Zaczęty przez HAL9000 - Nowe: wysłane przez HAL9000
A ja mam trochę inne odczucia co do The Book of Boba Fett. Zgadzam się w tym, że nie jest to aż tak dobra produkcja jak drugi sezon Mando ale tutaj przynajmniej miałem wrażenie, że twórcy mieli wszystko wcześniej wymyślone. I cały sezon od początku zmierzał w jednym konkretnym kierunku. Nie tak jak w Mando gdzie główna fabuła wyklarowała się dopiero w okolicach drugiego sezonu. I to zaliczam na duży plus dla Boby  ;) Też się zgodzę, że główny aktor nie należy do wybitnych, ale przecież nie oczekuję tutaj gry aktorskiej jak w Sukcesji  ;) Boba Fett to ma być badass i Temuera Morrison jeszcze w tym aspekcie daje radę  :faja: Podobały mi się też wszystkie nowe poboczne postacie. Nowy Wookie, Krrsantan... mega  :) Gang Modów, faktycznie jak z Ality, Rodrigueza tylko bardziej dla ubogich  :haha: Ale mi się to w sumie podobało. Coś trochę innego. Dodali trochę koloru.

I tak naprawdę to mnie najbardziej tu wkurzyły te odcinki z Mando  :haha: No bo oglądam Księgę Boba Fett a tu nagle jakby wmieszali w to wszystko wcześniej nie emitowane odcinki The Mandalorian. Nie mam nic przeciwko gościnnym występom ale tutaj trochę przegięli. I faktycznie jak ktoś pominie ten serial i wróci żeby oglądać trzeci sezon Mando, to się nieźle zdziwi...

Oczywiście odcinek z Lukiem mi się cholernie podobał. Efekty były w nim fenomenalne... ale kurde powinni to raczej zostawić na trzeci sezon Mando a nie wstawiać na siłę tutaj. To jest ewidentne marvelowanie Star Wars. Jak dla mnie niepotrzebne. Czy się pojawi Mando, Ashoka, Luke... czy nie i tak będę oglądał.

Na szczęście w finale przywrócili równowagę i to Boba miał najlepsze momenty. Wjazd na Rancorze i cała rozwałka była perfekcyjna.

7/10 za całość, ja to kupuję.

No to teraz Kenobi. Zobaczymy czy aż tak beznadziejny jak się nasłuchałem  ;)

 13 
 : Czerwca 27, 2022, 13:43:18  
Zaczęty przez Duddits - Nowe: wysłane przez J1923
Zagadka:



 14 
 : Czerwca 27, 2022, 10:07:09  
Zaczęty przez Duddits - Nowe: wysłane przez p.a.
Jot+1

 15 
 : Czerwca 27, 2022, 09:56:04  
Zaczęty przez Duddits - Nowe: wysłane przez J1923
O rany,
Córka [The Lost Daughter, 2021]
inaczej sobie to wszystko wyobrażałem po lekturze książki.


 16 
 : Czerwca 27, 2022, 00:46:07  
Zaczęty przez HAL9000 - Nowe: wysłane przez michax77
Miałem nie pisać o kolejnych serialach SW, dopóki nie napiszesz Ty, ale jednak wrzucę co sądzę o sezonie 2.5 Mando, czyli Księdze Boby Fata.

Jest to serial ze świata Gwiezdnych Wojen opowiadający historię łowcy głów, który stał się bardzo popularny w fandomie Star Wars, mimo tego, że jego występ w oryginalnej trylogii (epizody 4-6), to były góra dwie, trzy sceny. I na dodatek w ostatniej scenie został połknięty przez potwora Sarlacca. Ja z Bobą Fettem (cały czas się pilnuję, żeby nie napisać Fat, przez to jak wygląda Temuer Morrison) mam tak, że nie do końca rozumiem, dlaczego akurat ta postać obrosła taką popularnością w fandomie Star Wars.


Zgadzam się, że to gość, który wyglądał cool, jak macho, ale został szybko pokonany. Wygląd czasami może mocno mylić;-) W filmach nie pokazano go jako genialnego łowcę głów, na którego nie ma mocnych, tylko średniej klasy łowcę głów, którego bym nie zatrudnił. Pamiętam jak czepiałem się trochę tego, jak prosty jest Mandalorianin, jak niewiele fabuły jest w 1 i 2 serii serialu z Pedro Pascalem, ale to nic w porównaniu ze spinoffem Mando, czyli Bobą Fettem, w którym fabuły jest jeszcze mniej.

Jon Favreau to dzisiaj w świecie Star Wars najważniejszy autor, obok Dave?a Filoniego, który też jest współautorem Księgi oraz Mandalorianina. Jestem pewien, że dużo pomysłów w spinoffie wyszło z głowy obu panów. No i Roberta Rodrigueza, który też pracował przy wielu odcinkach Mandalorianina. Odcinki Rodrigueza mają różny poziom, jedne bardzo słabe, a inne dobre (podobnie jest z jego filmami), jak finał, który ma sporo głupotek i naciąganych elementów, ale było kilka momentów, które mi się podobały.

Serial z Morrisonem to produkcja, w której właśnie są fajne pojedyncze sceny, jak np. napad na pociąg na Tatooine, walka z robotem kuchennym, scena jak robak wchodzi do nosa głównemu bohaterowi, sekwencja z Rancorem w depresji i rozpierducha z tym stworem, inspirowana m.in. King Kongiem, sceny z kuzynami Jabby, sekwencje z Krrsantanem , scena z robotem, który popełnia samobójstwo, itd, itp, ale nie tworzą razem wciągającej historii.

A nawet nudną scenę pościgu z dzieciakami na skuterach doceniam, mimo tego, że te skutery zupełnie nie pasują do świata Star Wars. Podobnie jak ich właściciele, czyli dzieciaki ze zmodyfikowanymi ciałami przy pomocy części droidów, którzy wyglądają jakby urwali się z produkcji cyberpunkowej. Coś takiego mógł wymyślić Rodriguez i nie pasuje to do świata SW, ale doceniam za próbę urozmaicenia tego uniwersum.

Doceniam też serial za to, że jest dużo robotów i stworów, nie ogranicza się świat jedynie do ludzkich mieszkańców. Więc Boba Fett ma fajne momenty, ale niestety główny wątek, wzięty z kina gangsterskiego, jest prowadzony nieciekawie. Akcja toczy się bardzo wolno, dosłownie nic się nie dzieje, ale mimo tego jak rozwleczona jest główna fabuła, to historii jest tak mało w siedmiu odcinkach, że dostajemy 20-30 minutowe retrospekcje, w których twórcy odpowiadają na kilka pytań, które pozostały po filmach.

Bo oczywiście musimy wiedzieć wszystko co nie zostało wyjaśnione w filmach, jak np. Bobie udało się przeżyć, mimo tego, że został zjedzony w Powrocie Jedi. Ale muszę przyznać, że retrospekcje podobały mi się. Dostałem w nich ciekawe sceny jak właśnie z robakiem w nosie łowcy i jego wizje, czy napad na pociąg,  ale przede wszystkim za to doceniam retrospekcje, że uczłowieczono w nich Tuskenów. Pokazano ich życie i obyczaje, polubiłem ludzi z pustyni. Ale nie podoba mi się, jak zakończono ich wątek. Retrospekcje były po to, żeby pokazać czego od nich nauczył się Boba Fett, ale nie podoba mi się to, jak pozbyto się ich z historii Boby, gdy przestali być potrzebny dla fabuły.

Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)

Pojawia się też w serialu kowboj znany z animacji Clone Wars. Świetnie wypadł Cad Bane, mimo tego że jest zrobiony z pomocą efektów komputerowych, a nie tak jak większość postaci w serialu, efektami praktycznymi. No i jego pojawienie się to jedne z lepszych scen, mimo tego że postaci nie znam, bo nie oglądałem animowanego serialu. Scena z łowcą jest dobra też dzięki Timothy Olyphantowi, który powrócił do swojej roli z Mandalorianina.

Narzekam, że nie ma historii na siedem odcinków, ale też problemem serialu jest główny bohater, który nie jest ciekawą postacią, mimo ewolucji jaką Fat przechodzi. No i to już starszy aktor z brzuszkiem, więc w scenach akcji za bardzo nie może się wykazać. Wiem do czego twórcy zmierzali z ewolucją Boby, chcieli pokazać przez retrospekcje jak się Boba zmienił, ale ja tej przemiany u Temuera Morrisona nie zauważyłem. Nie mam nic do aktora, ale nie ma talentu aktorskiego i brakuje mu charyzmy.

Ale co tam Boba, równie nudną postacią jest Fennenc Shand. Dosłownie nie mam nic o niej do powiedzenia. Ale chyba sami twórcy zauważyli jak nieciekawy jest Boba i jego przyjaciółka, skoro w piątym i szóstym odcinku serial zamienia się w sezon 2.5 The Mandalorian. W piątym odcinku Boby nie ma w ogóle, w szóstym pojawia się na kilka sekund, a dokładnie stoi i milczy, i wypada w tej jednej scenie lepiej jak w pozostałych odcinkach. Są to odcinki, w których pierwsze skrzypce gra  bohater wcześniejszego serialu i wypada o wiele lepiej od Boby.

Piąty odcinek jest dość brutalny i mocny, jak na produkcję Disneya, ale też wygląda wizualnie najlepiej ze wszystkich odcinków. Wcześniej o tym nie pisałem, ale przez większość epizodów Boba Fett nie wygląda tak dobrze wizualnie jak 1 i 2 sezon Mandalorianina, wygląda na biedniejszą produkcję, jakby na serial poszło mniej kasy jak na serial z Mando.

Odniosłem wrażenie, że twórcy oszczędzali kasę na dwa odcinki Mandaloriana i finał, w którym jest dużo akcji. Przy Bobie pewnie też stosowano nową technikę do efektów specjalnych, którą się zachwyciłem przy 1 i 2 serii Mandaloriana, ale w większości odcinków Boby wieje biedą wizualną. Choć może to wina Tatooine, bo ile można pokazywać pustynne krajobrazy, a akurat w piątym odcinku z Pedro Pascalem (jeśli to był on, a nie dubler) mamy różnorodne krajobrazy i scenografie. W tym odcinku widać, że świat Star Wars to nie tylko pustynia jak w Diunie. Ale za to spinoff doceniam, że większość potworów i scenografii to efekty praktyczne, bo efekty praktyczne są zawsze dobre, lepiej się starzeją jak CGI.

Na szóstym odcinku, który jest kolejnym odcinkiem Mandaloriana, nie bawiłem się już tak dobrze jak na wcześniejszym, choć fandom jest zachwycony. Dostałem w nim festiwal postaci.
Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)

Nowy serial fabularny ze świata Gwiezdnych Wojen pokazuje też, że seriale SW marvelizują się, czyli trzeba każdy serial (lub film) znać, bo w produkcji o innym bohaterze może pojawić się ważne wydarzenie dla innego bohatera z innego serialu/filmu. A jeśli ktoś Boby Fetta nie ma zamiaru oglądać to i tak musi obejrzeć 5, 6 i 7 odcinek Boby, bo jak odpuści to się później zdziwi oglądając 3 sezon Mando,
Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)



Twórcy odpowiedzialni za seriale SW boją się ryzykować, np. nie chcą zabijać ważnych postaci i wolą kręcić bezpieczne SW z dużą dawką fan serwisu, żeby robić dobrze fandomowi, co nie dziwi skoro Mandalorianin większość fanów zachwycił i jest hitem, więc zarabiają kasę, ale to może też oznaczać, że pewnie każda kolejna produkcja ze świata SW będzie tak bezpieczna jak dotychczasowe seriale gwiezdnowojenne. No i zgadzam się z tymi, którzy mówią, że to jest stanięcie w miejscu z tym światem, a nawet cofnięcie się w rozwoju tego uniwersum, bo cały czas kręcimy się wokół jednej czy kilku tych samych wątków, planet, wokół tych samych postaci jak Luke, zamiast iść z historią do przodu i pokazywać nowych bohaterów i nowe światy.

A jedno trzeba przyznać serialom MCU, nawet jak  mają różny poziom, to są lepsze są od seriali SW w jednym. Bo nawet jak w MCU są seriale ze starymi bohaterami, to pojawiają się u nich boku nowe postacie, albo mamy seriale z całkiem nowymi bohaterami, bez starych bohaterów. No i robią coś co w SW nigdy nie zrobią, czyli bawią się w różne gatunki. Najsłabszy jest Falcon i Zimowy żołnierz, bo to najbardziej klasyczne MCU, ale chociaż syn Russella dołączył do MCU. WV to była zabawa sitcomami, eksperyment, do czasu, Loki to w sumie Doktor Who i buddy movie, Moon Knight to marvelowa wersja filmów przygodowych i troche Legiona, Ms. Marveil kino dla dorastających dzieciaków, Hawkeye kino sensacyjno świąteczne, jak z lat 80 i 90, She Hulk komedia prawnicza. Różnie bywa z poziomem seriali MCU ale jednak robią coś innego w serialach, jak seriale i filmy SW, które cały czas kręcą się wokół tych samych postaci, wokół jednej planety, a nawet jak inna to i tak pustynia. Niby taki wielki świat, z potencjałem, a jakoś się skurczył w ostatnich latach.

 

Jak średnio przepadam za prequelami (plusy to muzyka Williamsa, McGregor, ostatni film, pościg w epizodzie I i walka finałowa z Maulem) to akurat epizody I-III doceniam za pokazanie innych i nowych światów, a nie ciągle ta pustynia, ile można?!

A najlepsze że ostatni film, czyli Rise of Skywalker został znienawidzony przez fandom, mimo tego że zrobili w nim to samo co w Mandalorianinie i The Book of Boba Fett, czyli próbowano zadowolić wszystkich, co okazało się katastrofą. Film nie jest klapą finansową, zwrócił się, sporo zarobił, ale przyjęcie nie jest najlepsze. W ostatnim filmie przywrócono postaci, których wątki były dawno zamknięte i próbowano odkręcać to co zrobiono w Last Jedi, a widzowie i tak się od filmu odwrócili.



No i tego nie potrafię pojąć jak to jest, że The Rise of Skywalker i The Book of Boba Fat spotkały się ze średnim przyjęciem, a Mandalorianin z zachwytem, jak wszystkie te produkcje opierają się na podobnych rozwiązaniach. Oczywiście The Mandalorian to lepsza produkcja od Księgi, bo jest lepiej napisana, mimo szczątkowej fabuły, i lepiej zrealizowana i zagrana, ale to nie jest też arcydzieło. A Księgę Boby Fetta można podsumować tak, że ma kilka fajnych scen, ale całościowo to słaba produkcja z jeszcze mniejszą dawką fabuły, jak w Mandalorianinie.

No i jak to świadczy o poziomie serialu, w którym najlepszym odcinkiem jest epizod piąty, czyli bez tytułowego bohatera, a główny bohater innego serialu ma więcej charyzmy od Boby? Widać w dwóch odcinkach bez tytułowego bohatera, że Boba Fat nie interesuje nikogo z ekipy serialu (oprócz Temuera Morrisona, tylko ze talentu aktorskiego  nie ma), więc jeśli  twórcy serialu mają gdzieś głównego bohatera, to czemu historia Boby ma mnie interesować? Czemu mam się angażować  w jego historię? I na tych pytaniach retorycznych zakończę moją opinię. Ocena: 5/10.

 17 
 : Czerwca 27, 2022, 00:44:10  
Zaczęty przez HAL9000 - Nowe: wysłane przez michax77
To teraz czeka Cię sezon 2.5 Mandalorianina, czyli Księga Boby Fata (zamierzony suchar), a potem Obi Wan Kenobi o których napiszę jak wrzucisz opinię.

A co do Mando to wkleję moją opinię z bloga, bo jakbym miał coś napisać na świeżo, to niewiele pamiętam. Nie dlatego, że tak słabe, ale widziałem jak dawno temu premierowo odcinki leciały na Disney+, co tydzień. Choć  po kolejnych serialach, co raz bardziej jestem świadom wad drogi jaką idzie całe uniwersum SW, nie tylko filmy, ale też seriale, która to droga mi się coraz mniej podoba.

1 sezon

Cekałem na ten serial, bo lubię Star Wars, ale też dlatego, bo to pierwsza produkcja serialowa Disneya na którą poszły grube pieniądze, co widać było po świetnych trailerach, które nie oglądało się jak zapowiedź kolejnego serialu niskobudżetowego, ale jak trailer filmu przeznaczonego do kin. Oglądając zapowiedzi miałem wrażenie jakbym oglądał reklamę kolejnego filmu z uniwersum SW.

Oczywiście to żadne zaskoczenie, że obecnie seriale dorównują poziomem filmom. Choć akurat z poziomem efektów specjalnych w serialach różnie bywa. Są produkcje, które mają słabe efekty i wyglądają biednie, ale też takie, które mają efekty specjalne na poziomie filmów, jak choćby ostatnie sezony Gry o tro?, w których poziom efektów specjalnych dorównywał superprodukcjom, np. to jak wyglądają smoki, czy rozmach scen batalistycznych. Ostatnie sezony GoT oglądało się jak blockbustery. Nie widać było w serialu HBO biedoty w ostatnich sezonach i podobnie jest z The Mandalorian. No i też stwory zamieszkujące świat Gwiezdnych Wojen wyglądają jak trzeba, a wydaje mi się, że zrobione są za pomocą efektów  praktycznych. Choć efekty CGI też dają radę, ale nie przesadzono  z ilością efektów komputerowych.

Zaskoczyły mnie dwie rzeczy w przypadku tej produkcji. Po pierwsze ? odcinki są krótkie, trwają około 30 minut (choć ostatnie trwają około 45 minut). A po drugie ? serial niby ma główny wątek, ale tak naprawdę to jest produkcja w starym stylu, tak jak kręcono seriale w latach 80 i 90, czyli serial proceduralny. Przewijają się niektóre wątki i postacie przez serial, ale każdy epizod to osobna historia. Każdy odcinek ma inny klimat, są odcinki, komediowe, horrorowe (oczywiście bez przesady, tylko jak na standardy Disneya),  przygodowe, itd.

Obejrzałem całość na dwa posiedzenia  przez to jak krótkie są odcinki, bo nie chciało mi się co tydzień oglądać jeden odcinek trwający około 30 minut. Dobrze się stało, że poczekałem jak polecą wszystkie, bo przed emisją zakładałem, że dostanę serial z jedną fabułą podzieloną na 8 odcinków, każdy  epizod to będzie kolejny rozdział jednej historii, ale  jak się okazało, że to procedural to mi się zmieniły oczekiwania. Dzięki temu, że wiedziałem z jaką produkcją mam do czynienia to się dobrze bawiłem na większości odcinków. Pewnie jakbym oczekiwał serialu z jedną fabułą to bym się rozczarował.

Oglądało mi się trochę serial Disneya jak najnowsze sezony Doktor Who, czyli od jednej przygody do kolejnej. Oczywiście są wątki w The Mandalorian, które się przewijają, ale  nie zajmują zbyt dużo czasu w odcinkach. Choć w dwóch ostatnich epizodach cały sezon jakoś się tam łączy w jedną całość.  Powracają postacie, które poznał Mando w całym sezonie, serial wraca do głównego wątku z pierwszych epizodów.

Jak wspomniałem oglądałem całość na dwa posiedzenia, ale pomimo tego jak różne to były odcinki nie przeszkadzało to mi w seansie.  Do ideału jest tej produkcji daleko, ale na tyle dobrze się bawiłem, że nie przeszkadza mi prostota serialu, jak jest powierzchowny i płytki miejscami. Pierwsze trzy odcinki są super,  najgorszy jest środek, czyli odcinki od czwartego do szóstego, gdzie fabuła całkowicie stanęła w miejscu, zwłaszcza epizod czwarty nawiązujący do Siedmiu Wspaniałych jest słaby, choć pojawia się w nim Gina Carano, która ma okazję pokazać swój talent w mordobiciu. Carano powróciła w następnych odcinkach, ale jej postać można było wprowadzić w każdym innym, lepszym odcinku.

Cały środek, czyli odcinki od 4 do 6 można by całkowicie wywalić bez szkody dla serialu i wtedy The Mandalorian miałby lepsze tempo. Oprócz czwartego odcinka słabszy jest też  piąty z akcją na Tatooine. No i szósty nie był zbyt dobry, choć z tych najgorszych w sezonie i tak najlepszy. Miał przynajmniej fajne sceny na statku, gdzie Mando z ekipą szukali więźnia.

Odniosłem wrażenie oglądając produkcję Disneya, że to  miał być film, który przerobiono na serial dokładając kilka zapychaczy, żeby dociągnąć do 8 odcinków, które i tak nie są za długie. Bo jakby wywalić epizody 4-6, które nic nie wnoszą, zostawić odcinki 1-3 oraz 7 i 8, to całość by trwała ponad dwie godziny, może trzy, czyli  tyle co pełnometrażowy film.

Dwa ostatnie epizody to powrót do dobrego poziomu, ale też nic wybitnego, mimo tego, że reżyserem finału jest Taika Waititi. Ostatni odcinek jest na dobrym poziomie, ale nie ma klimatu filmów Waititi?ego. Jest dosłownie jeden żart, na początku odcinka w stylu tego komika i to wszystko.  No i jakby mi ktoś powiedział przed seansem kto jest reżyserem finału, to nawet bym nie zauważył,  nie widać że to on stał za kamerą.

W tym elemencie Mandalorianin też przypomina mi seriale z lat 80 i 90. Mam na myśli to, że  reżyser jest w serialach od czarnej roboty, jak niewolnik, który ma przyjść i zrobić swoje, nic nie popsuć, a potem przychodzi kolejny reżyser i to samo robi, czyli nie wybija się ze swoim stylem. W przypadku tej produkcji dotyczy to też znanych nazwisk za kamerą, jak właśnie reżysera Thora Ragnaroka. Jestem pewien, że gdyby reżyserami poszczególnych odcinków byli np. Spielberg, Scorsese, Nolan to też by ich stylu nie zauważyło się w epizodach. Najważniejszy w serialu jest twórca, w tym przypadku John Favreau i reszta scenarzystów, np. Dave Filoni.

Powinienem też wspomnieć o obsadzie, bo oprócz strony wizualnej i efektów specjalnych  jest to rzecz, która wyróżnia  serial Disneya. Choć w dzisiejszych czasach znane nazwiska w serialach po obu stronach kamery to jest normalka, więc to może nie jest takie zaskakujące, że pojawiają się w Mandalorianinie Nick Nolte, Carl Weathers, Taika Waititi (głos robota), Werner Herzog, Giancarlo Esposito, Clancy Brown, ale większość nie ma co grać. No i o żadnej z postaci nic się  nie dowiadujemy, ale jakimś cudem polubiłem większość bohaterów. Najlepiej wypadają Weathers, Herzog i Nolte.

W roli głównej występuje Pedro Pascal i dobrze się spisuje mimo niewdzięcznej roli grania z czajnikiem na głowie, więc nie może grać twarzą, bo jej nie widzimy,  tylko głosem, ale jakimś cudem wiedziałem, co Mando myśli w danym momencie  Choć też nie jestem pewien, w których dokładnie momentach jest Pascal, a w których dubler, bo czytałem, że podobno aktor za wiele czasu na planie serialu nie spędził

Nie mogę nie wspomnieć też o doskonałej muzyce, ale nie mam na myśli tylko świetnego głównego motywu, który brzmi trochę jak połączenie muzyki Johna Williamsa z Gwiezdnych Wojen z muzyką, która brzmi jak ze starych  westernów, trochę jak Ennio Morricone. A czasami brzmiała jak soundtrack z Czarnej Pantery i Creeda. Więc zaskoczeniem nie jest, że za ścieżkę dźwiękową odpowiada Ludwig Goransson, który wcześniej zrobił muzykę do właśnie Czarnej Pantery  i Creeda. Super pomysłem było też dodanie na napisach końcowych storyboardów do serialu, które wyglądają pięknie. Więc polecam oglądać odcinki do samego końca.

Podsumowując pierwszy serial aktorski w świecie Star Was, to nie jest produkcja jakiej oczekiwałem, zwłaszcza po świetnych zwiastunach, tylko produkcja przypominająca proceduralne seriale z lat 80 i 90, ale zrealizowana na wysokim poziomie technicznym, ze świetnymi efektami specjalnymi, dobrymi scenami akcji i  fajnym humorem.  Ale jest to też produkcja fabularnie płytka i powierzchowna, np. za wiele nie wiemy o bohaterach. No i serial, który wydaje się by prologiem do większej historii. Więc mimo tego, że miło wspominam te ponad 4 godziny,  to nie mogę dać więcej jak 6.5/10.

Drugi sezon produkcji Jona Favreau i Dave?a Filoniego to serial niby taki sam jak w pierwszym sezonie, czyli western w kosmosie i dużo fanserwisu, ale widoczne zaczynają być pewne zmiany, o których później. Oczywiście to wciąż produkcja bardzo prosta fabularnie i powierzchowna, w której niewiele dowiadujemy się o postaciach z drugiego planu.


Większość znanych aktorów nie ma co grać, poza wyjątkami jak Rosario Dawson, ale akurat jej postać, czyli Ahsoka, to bohaterka z interesującą przeszłością, którą pokazano w animowanych serialach ze świata Star Wars. Jest to postać wymyślona na potrzeby animowanej produkcji Wojny klonów przez Filoniego (gość dosłownie ma bzika na jej punkcie), która początkowo była nienawidzona przez chyba wszystkich, ale tak ładnie miała rozpisaną historię, tak się zmieniła przez lata, że stała się ulubienicą fanów (choć wciąż są widzowie, którzy jej nienawidzą).

Więc akurat to, że dostanie swój osobny serial fabularny to żadne zaskoczenie. Ale nawet, gdybym nie znał Ahsoki Tano z animowanych seriali, nie wiedział jaka to postać, to Rosario Dawson razem z twórcą odcinka poświęconego tej bohaterce stworzyli tak ciekawą postać w Mandalorianinie, że z miejsca ją kupiłem w tej wersji. Nie mogę się doczekać na Ahsokę z Rosario Dawson w roli głównej, zwłaszcza że odcinek z Ahsoką to najlepszy epizod ze wszystkich w Mandalorianinie, ale nie dziwne, bo odpowiada za niego ojciec tej postaci.

Ale może skończę o drugoplanowej postaci i napiszę o Mandalorianinie. W pierwszym sezonie serial zaskoczył mnie czasem trwania odcinków, około 30 minut, oraz tym, że niby był jakiś tam główny wątek, ale tak naprawdę to była produkcja w stylu seriali z lat 80 i 90, czyli procedural, tylko zrobiony z rozmachem. Każdy epizod to była osobna historia, a na drugim planie pojawiały się jakieś tam wątki niby ważne, ale niezbyt twórców interesowały. Coś się zaczęło zmieniać w drugiej serii. Odcinki są wciąż krótkie, ale też zdarzają się dłuższe jak pilot i finałowa odsłona.


Ale zaczyna widać w Mando jakiś pomysł na dłuższą historię, którą można rozbudowywać przez lata w tej produkcji i kolejnych serialach ze świata SW, które Disney już zamówił. Po pierwszych odcinkach sądziłem, że dostaniemy ponownie, w każdym odcinku, kolejne przygody Mando, ale od połowy na pierwszy plan wychodzi główny wątek. Oczywiście zdarzają się też zapychacze, ale od odcinka, chyba właśnie z Ahsoką, do samego końca fabuła idzie do przodu, dowiadujemy się coraz więcej, a nawet jak dostajemy odcinek, w którym Mando odrywany jest od głównej historii, czyli zapychacz, to nawet w takim odcinku fabuła nie stoi w miejscu. Ale fabuła wciąż nie jest przesadnie skomplikowana, to wciąż bardzo prosty serial, którego fabułę można streścić w kilku zdaniach.

Realizacyjnie wygląda Mandalorianin jeszcze lepiej jak w 1 serii. Poziom efektów specjalnych już w pierwszym sezonie przypominał superprodukcje z rozmachem, a w 2 serii efekty specjalne są jeszcze lepsze, np. smok to poziom smoków z Gry o Tron. W każdym odcinku są sceny, które zachwycają wizualnie. Nie chodzi mi tylko o wysoki poziom efektów specjalnych (mam na myśli też efekty praktyczne, które wyglądają uroczo), bo też serial zdjęciowo, wizualnie bardzo ładnie się prezentuje. Zastosowano też w serialu nową technologię w przypadku efektów specjalnych, którą wymyślono na potrzeby produkcji. Polecam obejrzeć klipy o pracy na planie na youtube, bo sporo ciekawych rzeczy można się dowiedzieć.


Trafiają się też słabsze odcinki, ale jest ich mniej jak w poprzednim sezonie. Postacie, które pojawiają się na drugim planie, niektórych z nich poznałem w 1 serii, to wciąż są bohaterowie o których nie wiem nic, służą tylko do pchania akcji do przodu. Z pierwszej serii zapamiętałem tylko Nicka Nolte, a z drugiej serii zapamiętam Timothy Olyphanta (znowu gra, nie zgadliście, szeryfa), Billa Burra, który powrócił w roli Migsa Mayfelda, Temuera Morrisona, który gra Boba Fetta. Co do Fetta to jakimś wielkim fanem tej postaci nie byłem nigdy,  ale też nie przeszkadza mi, że przywrócili go do życia.

Za to nie wiem co mam myśleć o pojawieniu się w finale 2 serii innego bohatera, ale nie zdradzę o kim mowa, by nie psuć nikomu niespodzianki. Rozumiem dlaczego akurat ta postać się pojawiła, za dużego wyboru nie mieli twórcy, ma to sens, ale nie wiem czy podoba mi się takie rozwiązanie. Chodzi mi o to, że pojawienie się tej postaci odwraca uwagę widza od historii Mando i dzieciaka, którego trochę lepiej poznaliśmy w 2 serii. Poznaliśmy nie tylko imię brzdąca, ale też kilka faktów z jego przeszłości. Do czwartego odcinka 2 serii Grogu to nawet nie była postać, tylko maskotka, żeby Disney mógł zarabiać kasę, ale dzięki temu co dowiedzieliśmy się o dzieciaku postać nabrała jakiegoś tam charakteru, a raczej początki charakteru.


Przez 12 odcinków (liczę z 1 serią) Grogu robił głównie za postać komediową, jak np. w drugim odcinku 2 serii, gdzie zjadał pewne rzeczy, które nie powinien, ale dzięki temu, że poznaliśmy kilka faktów o nim, to w drugiej połowie sezonu relacje między Mando i dzieckiem stały się ciekawsze, pojawiły się w tej relacji emocje. Zresztą bohater grany przez Pedro Pascala też się zmienił w porównaniu z 1 serią. Widać jak ważny dla niego stał się bobas, podejmuje wiele decyzji, których wcześniej by nie zrobił. Pascal ma więcej do grania w 2 sezonie jak w pierwszym, a nawet więcej razy czajnik ściąga z głowy. Ma też nową broń, czyli włócznię, a ci co oglądali Grę o Tron, wiedzą co oznacza Pascal i włócznia (dla niewtajemniczonych ? nic dobrego).

Z gościnnych występów oprócz Rosario Dawson i Timothy Olyphanta wyróżniłbym też Richarda Brake?a, znanego np. z filmów Roba Zombiego. Ma krótki występ, ale zapamiętam jego rolę i scenę z nim. O efektach specjalnych już wspomniałem, więc może przejdę do scen akcji, które są dobrze zrobione. Choć serial przypomniał to co mnie zawsze bawi w filmach star warsowych, czyli szturmowcy, którzy zawsze byli beznadziejnymi żołnierzami Imperium, ale tutaj weszli na wyższy poziom niekompetencji. Czasami mogło by im się coś udać, bo przez to jak są nieudolni to w każdej scenie, gdy walczą nasi bohaterowie ze szturmowcami, to nie ma żadnego napięcia. Ale na szczęście inne złe siły, z którymi walczy ekipa Mando nie są tak beznadziejne w swojej pracy.


1 sezon chwaliłem za muzykę, ale w drugim sezonie Ludwig Goransson stworzył jeszcze lepszy soundtrack. Nie leci non stop mandalorianowy główny motyw i dobrze, choć świetny, bo mógłby się przejeść, tylko dodał sporo nowej muzyki, która idealnie pasuje do scen akcji, lżejszych, dramatycznych, kiedy trzeba buduje napięcie, albo rozluźnia atmosferę. Kompozytor znany z muzyki do np. Czarnej Pantery i Teneta ponownie dowalił do pieca.

Finał to epizod porządny, nie zachwycam się nim tak jak niektórzy, ale też jest ciekawym prognostykiem na 3 sezon i przyszłość serialową Star Wars. Ale ciekawe kiedy nastąpi przesyt, tak jak nastąpił w przypadku filmów (i nieważne czy były to dobre produkcje czy słabe), gdy zaczęto kręcić spin-offy na zmianę z głównymi epizodami sagi.

Sezon drugi się tak zakończył, że historia może pójść w różne rejony, bo wątek z brzdądem wygląda, że został podsumowany. A jakby serial zakończył się w tym momencie, to byłaby w jakiś tam sposób skończona historia, choć kilka wątków pozostało otwartych. Nie chcę zdradzić co takiego się stało, więc powiem tylko tyle, że bohaterowie w finale znaleźli się na nowej drodze życia, ale też nie jest powiedziane, że po jednym lub dwóch odcinkach 3 serii Mandalorianin nie wróci do tego czym był w 1 i 2 serii. Jestem ciekaw w jakie rejony fabuła powędruje w przyszłości.


Oceniam wyżej 2 sezon jak pierwszy, bo twórcy mają pomysł na historie. A to że z serialu wylewa się fanserwis i jest to bardzo prosta historia to mi nie przeszkadza. Mandalorianin bardzo przypomina mi Samuraja Jacka (inni powiedzieli by, że Wiedźmina), który też jest produkcją z prostą fabułą, którą dałoby się streścić w jednym, dwóch zdaniach. Siła Mandalorianina tkwi w prostocie, a skoro 2 sezon jest lepszym sezonem od pierwszego, który był porządnym proceduralem, to liczę na to, że w 3 serii poziom znowu się podniesie albo przynajmniej będzie utrzymany. Ocena: 7/10.

Powtórzę, że pisałem to za emisji, więc nie wiem jak teraz Mando by mi się spodobał, gdy kierunek w jakim zmierza to uniwersum co raz mniej podoba mi się.

 18 
 : Czerwca 26, 2022, 22:41:03  
Zaczęty przez Duddits - Nowe: wysłane przez p.a.
Podpowiedź 2:


 19 
 : Czerwca 26, 2022, 19:24:24  
Zaczęty przez J.Xavier.B - Nowe: wysłane przez Magnis
Sygnał

Uwielbiam książki Maxime Chattama piszącego mroczne thrillery, nieraz skręcające w stronę grozy jak Cierpliwość diabła, która również miała w sobie nawiązania do H.P. Lovecrafta. Książka Sygnał jest ukłonem w stronę Stephena Kinga i Lovecrafta od autora, który postanowił stworzyć powieść z pogranicza thrillera i horroru czerpiąc wiele od nich, lecz również mając w sobie coś z grozy w jakiej występują nastolatkowie skonfrontowani z nieznanym. Dlatego tak mnie zainteresowała i chciałem dostać mrożącą w żyłach opowieść dziejącą się w małym miasteczku.
Książka Sygnał zapowiadała się ciekawie i strasznie jeśli chodzi o miejsce akcji w jakim została osadzona. Mahingan Falls jest zwyczajnym miasteczkiem, spokojnym, cichym, z mieszkańcami, którzy znają się. Jednak czasami dochodzi do pewnych incydentów, to jednak nic nadzwyczajnego nie dzieje się. Rodzinna Spencerów wybrała dom w Mahingan Falls, aby wprowadzić się w okolice mniej zamieszkałej, lecz też pięknej. Po przeprowadzce mimo pozornego spokoju zaczynają się dziać dziwne rzeczy nie tylko u nich, lecz także w miasteczku. Zaciekawieni bohaterowie próbują odkryć prawdę i poznać tajemnice przerażających wydarzeń w jakich zaczynają uczestniczyć.

Książka Sygnał jest opowieścią o małym prowincjonalnym miasteczku, gdzie przeszłość daje znać o sobie i przerażające zdarzenia doprowadzają do wielu strasznych momentów. Autor osadzając swoją akcję w takim miejscu nie próżnuje, lecz z każdą kolejną chwilą buduje klimat grozy i osaczenia. Dostałem wielowątkową powieść z pogranicza horroru i thrillera, która po prostu wciąga i nie pozwala się oderwać. Podzielona została na kilka wątków łączących się ze sobą. Pierwszy z nich dotyczy paczki nastoletnich przyjaciół postawionych na przeciwko złej sile, która tylko na nich czyha. Wydarzenia w takich momentach przywodzą na myśl powieści dla młodzieży w klimacie grozy. Odkrywając poszczególne elementy zagadki stają się ofiarami złych mocy czyhających na ich błąd. Bardzo podobała mi się ta część książki, bo była straszna i makabryczna zarazem. Przygody czwórki przyjaciół stawiających razem czoło strasznym wydarzeniom miała swój mroczny klimat z przerywnikami na odpoczynek. Drugim wątkiem jest historia domu w jakim zatrzymują się Spencerowie. Temat nawiedzonych domów wiele razy został wykorzystany i autor również po niego tutaj sięga z dobrym skutkiem. Otrzymujemy opowieść o przeszłości i strasznych wydarzeniach jakie wkradają się w zwyczajne życie rodziny. Dlatego również ta część książki spodobała mi się, bo była straszna i zarazem wciągająco ciekawa. Oprócz tych wymienionych wątków jest również dotyczący policyjnego śledztwa i wewnętrznych rozgrywek w policji. Nie brakuje prowadzonego śledztwa w sprawie makabrycznych morderstw osnutych na tle przerażających wydarzeń jakie zaczynają się dziać. Nie mogło zabraknąć pobocznych wątków i zwyczajnego życia bohaterów. Autor w świetny sposób prowadził swoją fabułę łącząc poszczególne części wydarzeń ze sobą, splatając zdarzenia i nie brakowało dawki grozy w czasie czytania. Wszystko przedstawione w sposób ciekawy i wciągający od samego początku, który wciągnął mnie do samego końca i potrafił trzymać w napięciu przez większość czasu podczas czytania.

Książka Sygnał jest hołdem pełnym nawiązań do prozy Stephena Kinga i Lovecrafta jakie podobały mi się. Czasami po przeczytaniu fragmentu na myśl przychodził mi jeden albo drugi autor. Makabryczne sceny grozy i ponure morderstwa, przeraźliwe wrzaski pojawiające się w rozmowach telefonicznych, mroczne tajemnice przeszłości Mahingan Falls i przerażające istoty czyhające na bohaterów. To tylko nieliczne metody straszenia jakie zostają wykorzystane do stworzenia upiornego klimatu grozy i atmosfery niepokoju jaka pomału ogarnia całe miasteczko. Autor świetnie sobie radzi z poszczególnymi częściami historii, łącząc ją lub dzieląc od siebie w taki sposób, że jedna opowieść splata się z wcześniejszą albo późniejszą ze sobą tworząc pomału całość. Jak wspominałem wcześniej wiele wątków pojawia się w fabule, która nieraz potrafiła mnie zaskoczyć, jednocześnie nie brakowało pewnych niuansów w czasie czytania. Chodzi bardziej o wydłużanie czasami pewnych scen lub takiego zwolnienia akcji w celu opisu zwyczajnego życia mieszkańców. Przeskoczenia z jednego wydarzenia na drugie bez wyjaśnienia potrafiącego być niemiłą niespodzianka. Nie często zdarzały się takie niuanse, lecz czasami autor ich nie ustrzegł się. Pomimo tego Sygnał jest naprawdę wciągającą powieścią grozy mająca swój urok i klimat. Nawiązania lub puszczanie oczka do czytelnika również podobało mi się. Policyjne śledztwo prowadzone przez komendanta mającego klapki na oczach wzbudzało mieszane uczucie. Jednak prowadzone prywatne dochodzenie przez Ethan było o wiele ciekawsze i nieraz przerażające za sprawą wydarzeń w jakich uczestniczył. Przygody grupki przyjaciół wciągniętych w wir strasznych wydarzeń wiele razy podnosiło ciśnienie, było przerażające i trzymałem kciuki za nich wszystkich w trudnych chwilach. Dlatego Sygnał tak spodobał mi się, bo okazało się mimo moich obaw, które gdzieś tam pojawiały się, że dostałem opowieść nie tylko o duchach lub nawiedzonym domostwie, ale również o makabrycznych i krwawych morderstwach opisanych jak zwykle przez autora bardzo sugestywnie i ze wszystkimi szczegółami wraz z opisem miejsc zbrodni.

Książka Sygnał posiada nie jednego bohatera, lecz sporą ich ilość pojawiających się na kartach powieści. Zostali przez autora nakreśleni pod względem psychologicznym bardzo dobrze. Mają swoje zdanie, dokonują własnych wyborów, wpadają w kłopoty, mają problemy i targają nimi dylematy. Posiadają cechy charakteru rozróżniające ich od innych i własne zachowanie. Główne postacie wypadają sympatycznie i z łatwością można ich polubić. Dlatego kibicowałem im przez cały czas w przygodach i strasznych wydarzeniach w jakich brali udział trzymając za nich kciuki. Najbardziej odpychający ze względu na zachowanie jest Derek i wkurzający szef policji ze swoją ślepotą na wydarzenia jakie dzieją się w miasteczku. Same postacie nie są jednowymiarowe, ale posiadają głębie i można zazwyczaj się nimi zainteresować. Autor stworzył ciekawych bohaterów i czasami szkoda mi było, że wybrał dla nich taką drogę, a nie inną jeśli chodzi o ich los. Pozostałe postacie na dalszym planie wypadają dobrze i nieraz mają do odegrania jakaś rolę w fabule. W mniejszym lub większym stopniu w zależności od potrzeby. Relacje pomiędzy bohaterami świetnie nakreślone, ciekawe i wciągające. Dialogi dobre i czyta się je bez problemu. Potrafią wciągnąć i nieraz być emocjonujące.

Po książce Sygnał spodziewałem się dobrego lub świetnego thrillera, lecz dostałem bardzo dobry miks powieści grozy, thrillera, kryminału z lekkim wątkiem obyczajowym. Autor postarał się o nawiązania do Stephena Kinga i Lovecrafta za co ma u mnie plus. Nie brakuje tutaj scen makabrycznych, strasznych i zwrotów akcji mogących nawet zaskoczyć. Przeplatając opowieści o duchach z młodzieńczymi latami bohaterów, którzy zostali postawieni przed niebezpieczeństwem i walką z siłami zła jakie zaczęły panoszyć się po miasteczku było świetnym pomysłem. Wiele fabuła na tym zyskała i jeszcze motywy nawiedzonego domu dopełniały resztę. Zakończenie mogło być trochę lepsze, pełne mroku, makabry, ale nie brakuje walki bohaterów z siłami, którym stawiają czoło. Finał jaki otrzymałem był dobry, lecz spodziewałem się po nim trochę więcej niż dostałem.

Sięgając po pierwszą powieść grozy Maxime Chattama nie wiedziałem do końca czego spodziewać się po niej, bo zazwyczaj thrillery jakie dostawałem nie zawiodły mnie. Pomimo pewnych niuansów autor poradził sobie świetnie i stworzył ciekawą powieść z pogranicza grozy/thrillera. Podczas czytania miałem wrażenie, ze nie tylko stworzył książkę w hołdzie Kingowi i Lovecraftowi, ale nieraz czerpał z ich twórczości i puszczał czasami oko w stronę czytelnika. Dlatego świetnie bawiłem się mimo wszystko czytając. Przez większość czasu nie zabrakło szybkiej akcji, czasami wolniejszej, lecz nie przeszkadzającej w tworzeniu klimatu grozy. Wydarzenia toczą się zazwyczaj w szybkim tempie i wiele potrafi dziać się podczas czytania. Czasami jak w przypadku akcji są momenty na odpoczynek i przerywniki wyjaśniające co nieco ze zdarzeń. Jednak nie psujące frajdy z czytania, przy której nie tylko bawiłem się świetnie, ale też nie nudziłem się w czasie czytania. Sygnał jest powieścią mającą sporo stron, przez które przebrnąłem i zostałem wciągnięty w wir wydarzeń. Napisana przystępnie, z pewną lekkością w kreowaniu klimatu, atmosfery niepokoju i trzymającą w napięciu. Nie brakuje w niej makabry i przerażających scen przyprawiające o dreszcz niepokoju. Sygnał okazał się wciągającą, wielowątkową, klimatyczna, makabryczną i ciekawą propozycją z pogranicza grozy/thrillera jaką dostałem. Dlatego jestem zadowolony z tego co otrzymałem i nawet widać, że autor radzi sobie bardzo dobrze w klimatach grozy jeśli zajdzie taka potrzeba. Na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z jego książkami i mam tylko nadzieje, że jeszcze zostanie wydany jego horror u nas czego sobie bym życzył.

Ocena 7/10.

 20 
 : Czerwca 26, 2022, 13:23:42  
Zaczęty przez Yave - Nowe: wysłane przez michax77
Doctor Strange in the Multiverse of Madness (2022)
 
Miłe zaskoczenie od Sama Raimiego, który od dawna nic nie kręcił (nie licząc seriali), a to co ostatnie to było słabe, a film ze Strangem to  najlepszy z ostatnich filmów MCU. W sumie dostałem Evil Dead przeniesione do MCU, w którym Sam Raimi mocno naciąga kategorię wiekową, sporo daje motywów campowych i mocnych, typowych dla tego twórcy, które mimo braku krwi działają. Początek jest dość klasyczny jak na film MCU, ale czym dłużej film trwał to odnosiłem wrażenie, że Raimi postanowił coraz bardziej zabawić się klockami MCU i zobaczyć na ile Disney mu pozwoli. No i przeszło sporo scen i pomysłów dość kreatywnych np. z nutkami (choć lepiej taka scena wypadła w serialu Legion) i brutalnych np. z bohaterami z innego uniwersum, których po MCU bym się nie spodziewał. Oczywiście nie ma krwi i trudno film uznać za horror, bardziej jest to dark fantasy, ale działa.

Jestem pozytywnie zaskoczony nie tylko dlatego, że Raimi zrobił dobry film, tylko  dlatego,bo jak wywalono poprzedniego reżysera, to byłem pewien że Raimi został ściągnięty po to odwalić robotę, nie zadawać żadnych pytań, zero kreatywności, a udało mu się sporo wcisnąć swoich pomysłów, postawić swój stempel na tym filmie i mocno naciągnąć kategorię wiekową pod swój styl. Film Raimiego to produkcja różniąca się od klasycznych filmów MCU tez tym, że zaczyna się średnio, ok, ale czym dłużej trwa to jest lepiej, bawiłem się coraz lepiej, łącznie z finałem, który działa. Jest to jeden z fajniejszych finałów (mam na myśli zombie i tyle powiem) w MCU, a raczej finały są najsłabszym elementem MCU.

No i jest to pierwszy film Marvela, po którym widać sens kręcenia seriali. Mówiono że WandaVision ma duże znaczenie dla filmu Raimiego. No i tak jest, lepiej się rozumie decyzje jakie podejmuje Wanda po obejrzeniu serialu, dlaczego akurat jest w takim momencie swojego życia, a Elizabeth Olsen doskonale się bawi w swojej roli.

Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)

Dobrze wypadł też Cumberbatch, widać jakiś rozwój jego postaci. Dostałem opowieść o tym czy Strange jest szczęśliwy i zaakceptowaniu przeszłości, decyzji które kiedyś podjął i ja to kupuję, w jakim momencie kończy się jego przygoda (historia Wandy też jest o tym). Jeśli miałbym do czegoś się przyczepić to do tego, że tylko raz wspomniany jest Vision, w scenach z chłopcami w ogóle się nie pojawia. No i do Americy, która nie jest postacią, ale przedmiotem, który twórcy przesuwają, żeby Strange i Wanda mieli co robić. Równie dobrze mogli by gonić za jakimś kamieniem magicznym. To nie wina aktorki, tylko scenariusza jak ją napisano, ale tak nie obchodził mnie jej los, że nie sprawdziłem po seansie, czy to bohaterka z komiksów, czy jakaś wymyślona przez twórców. Ale to jedyne rzeczy do których mógłbym się przyczepić, bo poza tym to naprawdę dobrze się bawiłem, a miejscami nawet bardzo dobrze. Ocena: 7.5/10.
 
Ale to jak Strange potraktował Bruce'a Campbella, okrutne to było. Raimi nie byłby sobą gdyby jego kumpel nie obrywał w każdym filmie.

Strony: 1 [2] 3 4 ... 10