Strony: 1 2 3 [4]   Do dołu
Drukuj
Autor Wątek: [reżyser] Lars von Trier  (Przeczytany 1529 razy)
Bartek

*

Miejsce pobytu:
Białystok / Kraków


Nahallac

Zobacz profil
« Odpowiedz #60 : Lipiec 13, 2011, 12:18:05 »

Oddzielny pokoik dla pana Triera? Diabeł 9

Ogromne "dzięki" Kai i Cichemu za ich wypowiedzi, to naprawdę dużo wyjaśnia. Wczoraj oglądałem ponownie Antychrysta [trzeci raz i chyba już więcej nie dam rady, mimo porządności tego filmu], a dzisiaj ponownie wybieram się z rodziną do kina na Melancholię [mam nadzieję, że wyświetlą, bo grają ją tylko do jutra, ale seanse nie cieszą się wielką popularnością, niestety]. Przyjrzę się temu, co tu opisaliście, może coś jeszcze mi się nasunie i wtedy napiszę jeszcze coś od siebie :)
Zapisane
Cichy
Moderator

*

Miejsce pobytu:
Legionowo/Serock


Zobacz profil WWW
« Odpowiedz #61 : Lipiec 18, 2011, 09:31:40 »

Kaja znalazła jeszcze ciekawą analizę "Melancholii" z punktu widzenia historyka sztuki i symboliki. Pozwolę sobie przekleić link:

http://www.ksiazeizebrak.pl/node/1320
Zapisane
Bartek

*

Miejsce pobytu:
Białystok / Kraków


Nahallac

Zobacz profil
« Odpowiedz #62 : Lipiec 18, 2011, 12:15:20 »

Oglądałem po raz drugi w kinie, absolutnie nie żałuję, przynajmniej na spokojnie przyjrzałem się wszystkiemu, co za pierwszym razem umknęło mi za szybko. Zresztą taki film można oglądać wiele razy [nawet jeśli nie jest to seans łatwy, a przeciwnie - bardzo wymagający i dość męczący].

Dotychczasowe analizy na forum i ta wrzucona teraz przez Cichego tworzą dość sensowną, spójną całość. Cieszy mnie w sumie, że Melancholia nie jest tak 'kontrowersyjnym' filmem jak Antychryst, bo większa grupa ludzi traktuje ją poważnie i analizy, interpretacje, pojawiające się w sieci, są bardziej skoncentrowane na odkrywaniu tego filmu, a nie na jego atakowaniu.
Raczej nie mam zastrzeżeń do dotychczasowego rozwiązywania zagadki Melancholii, nie wydają mi się te rozważana "podejrzane" i użycie całej symboliki liczb nadal robi na mnie spore wrażenie, szczególnie, że tak dobrze wpasowuje się w symboliczny kontekst filmu, jednocześnie wymagając jakiejś wiedzy o samym twórcy.
Zastanawia mnie w gruncie rzeczy jedna scena - mianowicie ta, w której ojciec Justine zaczyna zabierać swoim sąsiadkom przy stole łyżki, żądając od kelnera kolejnych, po czym znów powtarza manewr. Kiedy zaś ma przemawiać - łyżka wypada mu z kieszeni. Zresztą sama jego mowa również wzbudziła u mnie zdziwienie - w zasadzie w ogóle nie starał się mówić o młodej parze, tylko niemal od razu przystąpił do dokuczania swojej ex-żonie - tym dziwniejsze, że potem to przynoszenie jej walizek sugeruje, że nadal żywi on wobec niej jakieś pozytywne uczucia.

I jeszcze jedna rzecz związana z Antychrystem - jak myślicie, dlaczego lis, jeden z trzech żebraków, ma na szyi dzwonek?
Zapisane
Kaja

*


Zobacz profil
« Odpowiedz #63 : Lipiec 18, 2011, 23:09:30 »

Zastanawia mnie w gruncie rzeczy jedna scena - mianowicie ta, w której ojciec Justine zaczyna zabierać swoim sąsiadkom przy stole łyżki, żądając od kelnera kolejnych, po czym znów powtarza manewr. Kiedy zaś ma przemawiać - łyżka wypada mu z kieszeni. Zresztą sama jego mowa również wzbudziła u mnie zdziwienie - w zasadzie w ogóle nie starał się mówić o młodej parze, tylko niemal od razu przystąpił do dokuczania swojej ex-żonie - tym dziwniejsze, że potem to przynoszenie jej walizek sugeruje, że nadal żywi on wobec niej jakieś pozytywne uczucia.

Też mnie zastanawiają te łyżki. Pierwsza rzecz, która przyszła mi na myśl to wątek bogactwa powiązanego z melancholią (łyżki były kosztowne)... ten aspekt był zinterpretowany w zamieszczonej przez Cichego recenzji. Wydaje mi się, że to jednak trochę zbyt daleko idące skojarzenie.
Raczej chodziło o to, że ojciec Claire i Justine traktował otoczenie z dystansem, a właściwie po prostu wszystkich olewał (Betty, Betty, Betty... itd.). Przez pryzmat interpretacji liczby 8 mam w głowie obraz pijanego upadłego boga, który choć postrzegany jako postać pozytywna, jest obojętny na losy swoich dzieci. Słowo beti znaczy, co znaczy... wypowiadane w takim kontekście i takim tonem jest wyrazem ironii. W pewnym sensie można dojść do konkluzji, że to, co dla nas było niezwykle ważne, Bóg uznał za błahostkę. Podczas dyskusji o filmie poszliśmy dalej tym tropem, niektórzy doszukują się w postaci matki głównych bohaterek skrzywdzonego bóstwa żeńskiego zepchniętego na margines w patriarchalnej kulturze.
Miałam wrażenie, że ta publiczna sprzeczka między rodzicami od początku wisiała w powietrzu - zarówno matka jak i ojciec robili wszystko, by do niej doprowadzić. Wydaje mi się też, że to nie on, ale lokaj wnosił bagaże z powrotem do domu.

Jeszcze sprostuję to, co jakiś czas temu napisał Cichy o fazach Księżyca. Nów=dziewica, pełnia=matka, księżyc malejący=kobieta "przejrzała" - wiedźma. Uważam, że w opisywanym przez niego kadrze jest Melancholia (nad Justine), Księżyc (nad chłopcem) i Słońce (nad Claire).



Chciałam napisać kilka słów o obrazie Muncha "Taniec życia", który budzi u mnie bardzo silne skojarzenia ze scenami na weselu (i jak widać pojawił się też w innych analizach). Tytuł dzieła jest przewrotny i nawiązuje to tańca śmierci. Właściwie obraz sugeruje wręcz, że jedno i drugie jest w rzeczywistości tym samym.



Po pierwsze sceneria w ogrodzie na weselu wydała mi się bardzo podobna. Po drugie postacie na obrazie można przypisać do trzech kolejnych faz życia Justine. Przyszedł mi na myśl film Greenawaya "Dzieciątko z Macon", gdzie w ten sam sposób wykorzystano symbolikę kolorów: biel przypisano do narodzin i niewinności, czerwień do uciech życia, a czerń oczywiście do śmierci.

Wrzucę jeszcze dla zajawki personifikacje melancholii w obrazach Cranacha. Wszystkie bardzo podobne i wszystkie przedstawiają kobietę strugającą patyki (by wykonać drewniane koła).







Dodatkowo chyba na wszystkich znanych mi wizerunkach melancholii (w tym slawna "Melancholia I" Albrechta Durera) pojawia się motyw okręgu i kuli. Muszę więcej poczytać o symbolice tych figur. Tak na szybko z tego co mnie uczono: doskonałość, pełnia, harmonia, Bóg, nieskończoność, wieczność.

Pozostają jeszcze znaczenia imion sióstr, które od razu rzuciły mi się w oczy. Claire - jasna, Justine - sprawiedliwa.

I jeszcze jedna rzecz związana z Antychrystem - jak myślicie, dlaczego lis, jeden z trzech żebraków, ma na szyi dzwonek?

Mi się to od razu skojarzyło z tym, że czarownice oswajały dzikie zwierzęta i przypinały im do szyi wstążki, sznurki lub dzwonki (moja nauczycielka historii w liceum pisała pracę magisterską o polowaniach na czarownice i opowiadała nam o tym na lekcjach). Ten dzwoneczek odebrałam jako sugestię, że główna bohaterka przeżyła przemianę w Edenie. Przemianę, o której nikt nie wiedział. Zespoliła się z tamtejszą przyrodą. Powiedziała do męża: "Ty nie rozumiesz tego miejsca". Była tam sama z dzieckiem i jedyne informacje o tym co się wtedy działo pochodziły od niej samej. Prawdopodobnie nie zdawała sobie do końca sprawy z tego wszystkiego, stąd zdjęcia chłopca (buciki). Nie tylko pisała pracę o czarownicach, zaczęła się z nimi utożsamiać i zapewne robiła różne inne rzeczy poza tworzeniem "tajnej bazy danych" na strychu.
Zaczynam zastanawiać się nad obejrzeniem "Antychrysta" ponownie i zrobieniem analizy podobnej do "Melancholii".
« Ostatnia zmiana: Lipiec 18, 2011, 23:18:43 wysłane przez Kaja » Zapisane

"Więc kimże w końcu jesteś? - Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro."
Bartek

*

Miejsce pobytu:
Białystok / Kraków


Nahallac

Zobacz profil
« Odpowiedz #64 : Listopad 26, 2011, 02:22:28 »

Obejrzałem Element zbrodni. Przyznam, że łatwo nie było i obejrzenie pozostałych dwóch części trylogii europejskiej wydaje się niełatwym wyzwaniem.
Oniryczny klimat, ciągły mrok, obraz niemal wyłącznie w odcieniach żółci, brązu i czerni. Wciąż powracająca woda. Jakieś post-industrialne, post-apokaliptyczne wręcz czasami obrazy. Wszystko brudne, zniszczone, mokre. Ciągła noc. Na takim filmie śpi się wręcz idealnie ;)
Fabularnie nie powala na kolana, ale jest nieźle. W zasadzie nie wiem po co wrzucono całość w opowieść zahipnotyzowanego człowieka, może mi coś umknęło, może tak było łatwiej posługiwać się narratorem. Ogólnie przypuszczam, że ekspert znający się na tym kinie z wyższej półki wyłapałby tutaj pewnie sporo nawiązań i kontekstów, które są dla mnie niedostępne. Ten film jest tak dziwny, zrobiony w takiej manierze i w tak specyficznej konwencji, że aż prosi się o jakieś odwołania.
Ogólnie nie żałuję, choć, jak mówię, ogląda się dość ciężko. Dałem 7/10. Kolejny film Larsa mogę sobie odhaczyć :P



Manderlay [2005]
Zdecydowanie słabszy od Dogville. Postać Grace tym razem nijaka, fabuła i problematyka poruszana w filmie - trąci banałem. Trzyma się to kupy, ale momentami chyba na słowo honoru. Na ogół nie jest to film zły - wciąga i ma swoje naprawdę dobre momenty. Ale po obejrzeniu Dogville rozczarowanie jest spore. Tak więc 7/10 i ani odrobiny więcej.
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 10, 2012, 14:27:07 wysłane przez Bartek » Zapisane
Strony: 1 2 3 [4]   Do góry
Drukuj
Skocz do: