Triumf Endymiona (1997)

(1/1)

Duddits:


Od upadku Hegemonii większością planet rządzi Kościół katolicki wraz z tajemna organizacją Pax. Okazuje się jednak, że nowej władzy zagraża Enea, która ma się stać nowym mesjaszem ludzkości. Ścigani przez wszechwładny Pax dziewczynka i jej ochroniarz Raul Endymion przemierzają czas i przestrzeń, by w końcu trafić na Ziemię ukrytą poza naszą galaktyką przez tajemniczą siłę...

SickBastard:
Dobijam do połowy. Na razie jest o wiele lepiej niż w przypadku "Endymiona". W sumie mogę powiedzieć, że Simmons powoli wraca do poziomu z "Upadku Hyperiona"... tyle że jednak niepotrzebnie jak dla mnie rozciąga wędrówkę Endymiona.

W ogóle mi za bardzo narracja nie pasuje do tego bohatera. Wychowany w grupie nomadów, służący kilka lat w wojsku i później pracujący jako przewodnik myśliwych... bez wykształcenia, a strasznie kwieciście i nienaturalnie dokładnie wszystko opisuje. Szczegóły techniczne i jakieś zawiłe koncepcje... totalnie nie pasują mi do niego. Możliwe, że ten dar opowiadania wyjaśniony zostanie na końcu (jakieś "dotknięcie" Enei albo to co spowodowało, że potrafi opowiedzieć tak dokładnie co się działo u de Soyi i innych), na razie mi zgrzyta.

Ale poza tym jestem bardzo ukontentowany lekturą. 

SickBastard:
Skończyłem. :)

Popłynęły mi łzy wzruszenia na ostatnim rozdziale,
Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)
kiedy doszło do powtórnego spotkania Endymiona i Enei.

To był naprawdę bardzo wzruszający moment, chyba jeden z najlepszych w całe książce i całym cyklu. Ale spodziewałem się go... jednak. :)

Poza tym miesza się we mnie uczucie zadowolenia i rozczarowania.

Zacznę od wad: za długa i potwornie rozwleczona. Początek, wędrówka Endymiona, pobyt na Tien Shan... to naprawdę musiało zajmować aż tyle!? Czy za każdym razem jak Endymion wychodził na spacer musiał Simmons pierdzielnąć opis na 2 strony. Czy zjazd na linie, wspinaczka i później zjazd rynną musiał być tak dokładnie opisany? Ja rozumiem że dba się o szczegóły, ale czasami aż chciało się zabluźnić. To że nie pominąłem żadnego fragmentu zakrawa na cud, wiele razy byłem blisko. Druga wada... Endymion, jednak. Ostatecznie bardzo go polubiłem, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Simmons sobie trochę jaja z niego robił. Straszny fajtłapa i pechowiec. Jak mogło mu się coś przydarzyć to tak było. Zawsze go ktoś ratował, pomagał. Zawsze jak coś robili we trójkę (Enea, Bettick i on) to wypadał najgorzej - chociażby przy lądowaniu paralotnią zwichnął kostkę. Wcześniej miał gdzieś z pierdyliard takich sytuacji. A szczytem wszystkiego był atak kamicy nerkowej (nosz kurde!). Ale to bardzo poczciwy pechowiec, nie da się tego jego szczerego serca, prostego sposobu życia i miłość jaką darzy Eneę nie cenić. Aczkolwiek, jako główna postać mnie irytował i tak jak napisałem wcześniej, w porównaniu z ekipą z dylogii hyperiońskiej wypada raczej średnio.

Zaletą jest na pewno wizja Simmonsa i to jak to wszystko się zgrywa. Rany, począwszy od genezy Centrum, poprzez ewoluowanie Intruzów, Pustkę Która Łączy, miłość jako rzeczywistą siłę we Wszechświecie, dopięcie wielu rzeczy na ostatni guzik, wybrnięcie z wielu rzeczy, z których się nie spodziewałem, że wybrnie... No i bardzo cieszy mnie powrót starych znajomych, chociaż jednego powrotu nie mogę zrozumieć i braku jednej osoby również
Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)
nie rozumiem jak to się stało, że wrócił Kassad :D to był dwa razy napisane i czytałem te fragmenty nawet dwa razy, ale kurde nie wiem. Co się stało, że zabrakło Sola Weintrauba?



Jest jednak kilka rzeczy, na które nie dostałem odpowiedzi i to mnie trochę drażni, ale cieszę się że Dan nie rozwiązał wszystkiego, nie wyłożył na stół wszystkich kart.

"Trium Endymiona", zresztą "Endymion" również to olbrzymia krytyka zakłamania kościoła katolickiego, które chociaż na kartach książki ma podłoże fikcyjne, ale też jest odbiciem rzeczywistej sytuacji. To duży plus. I kolejny to taki, że "Triumf Endymiona" ma piękne przesłanie.


No i chociaż do końca nie jestem zadowolony, z kształtu jaki nadał powieść autor, to jednak ostatecznie bardzo mi się podobała. Śmiała i ciekawa wizja. I kurde, nie mogę się doczekać, aż przeczytam dwa opowiadania powiązane z uniwersum: "The Death of the Centaur" i "Sieroty z Helojzy".  :)

ciach_eemuu_ciach:
Zakończyłem wczoraj "Triumf Endymiona" i właściwie mogę się podpisać pod tym co napisał SickBastard.

Książka jest świetna, jednak trochę za długa. Rozdziały na planecie Tien Shan były zdecydowanie zbyt rozwleczone. Początkowo nawet miałem wrażenie, że zaczynam czytać inną książkę. Wcześniej ciekawie i dynamicznie poprowadzona akcja aż tu nagle dostaję szczegółowe opisy wszystkiego, czego opis można było w powieści zawrzeć :) Za dużo tego. Książka by tylko zyskała na lekkiej diecie i odchudzeniu jej o jakieś 100 stron.

Właściwie jest to jedyna wada jaką dostrzegam. Reszta jak najbardziej na plus. Ja Endymiona jako głównego bohatera powieści niesamowicie polubiłem. Może właśnie z powodu prostoliniowości i poczciwości. Nie jest to może persona na miarę pielgrzymów z dylogii Hyperiona, jednak ma coś w sobie i jego przejmująca opowieść bardzo mi się spodobała. Pech, który spotykał bohatera trochę mnie denerwował, z drugiej strony komu jak nie jemu miały przydarzać się nieszczęścia? Tej Która Naucza czy Androidowi? Im nie wypada :)

Same postacie w stosunku do "Endymiona" nabrały kolorytu. Enea pokazała dlaczego została nowym mesjaszem ludzkości (strasznie pretensjonalnie to brzmi). Jej wyjaśnienia odnośnie Pustki która łączy (ehm), rozwoju Intruzów czy historii i planów TechnoCentrum w pełni mnie przekonały i dały niejaki pogląd na temat wizji Simmonsa, do której wcześniej miałem dużo wątpliwości. A. Bettik co prawda został zmarginalizowany, jednak też miał swoje pięć minut :) De Soya już w poprzedniej części był dobrze wykreowaną postacią i taką pozostał. Główne "ucieleśnienie" zła TechnoCentrum czyli Nemes tak samo groźna i nieustępliwa jak zawsze. Cieszy jak to SickBastard napisał powrót starych znajomych :) 
 
Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)
Kopara mi opadła gdy wreszcie zrozumiałem, że Rachela z "Triumfu Endymiona" to TA Rachela :) Pierwszy raz ucieszyłem się ze śmierci postaci, a mianowicie Martina Sileniusa. Co za dużo to nie zdrowo :) Każdy musi odejść, nawet tak rewelacyjna postać jak poeta. Cieszę się, że jego marzenie odnośnie Starej Ziemi się spełniło.


Kolejnym plusem jest przesłanie. Rany, no co tu mówić - super.

Książka ma właściwość wywierania dużych emocji na czytelniku. Wzruszenie towarzyszące w końcowych rozdziałach powieści mogę porównać do tego z "Upadku Hyperiona". Jeden z końcowych aktów, w którym

Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)
wraz z Raulem i Eneą rozsiewamy jej uczniów po różnych światach, żegnamy się w wieloma bohaterami


 spowodował u mnie wystąpienie efektu mokrych oczu :)

Tak samo jak zakończenie, które mimo wielu wskazówek podanych wcześniej bardzo mnie zaskoczyło i usatysfakcjonowało.

Spoiler (kliknij, żeby zobaczyć)
Spotkanie Raula z Eneą na Ziemi rzuciło mnie na łopatki. Jeszcze, że sam wątek tajemniczego ojca i dziecka bardzo mnie denerwował w przeciągu całej powieści. Jednak takie rozwiązanie całkowicie zrekompensowało te trudności.


Ciężko byłoby sobie wyobrazić lepsze zakończenie.

Podsumowując jestem bardzo rad, że dane mi było obcować z dylogią "Hyperiona" i "Endymiona". Są to jedne z najlepszych rzeczy jakie dane mi było przeczytać. Z przekąsem można powiedzieć, że dużo tego nie było... jednak to nie ma znaczenia. Wizja świata przedstawiona przez Simmonsa powala swoim rozmachem i pomysłowością. Bohaterowie zapadają na trwałe w pamięć, a same wydarzenia dostarczają dużo emocji. Czego chcieć więcej? Może kolejnej dylogii :) Wszak nie jedna tajemnica nie została rozwiązana :)

Repta:
Niedawno skończyłem czytać kontynuację "Endymiona" i jest naprawdę bardzo dobrze, ta część jest ciekawsza, mamy ciekawe wątki i dobrze poprowadzoną fabułę z zaskakującym zakończeniem. Jak dotychczas Simmons trzyma bardzo wysoki poziom i trzeba będzie się zabrać za inne jego książki ;)

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości